Wypowiedzi Markowa warto z kolei potraktować jako obraz stanu świadomości kremlowskiej elity. Zdaje się ona wciąż wierzyć w popularność rządzącego Rosją tandemu, a zwłaszcza Władimira Putina. Większość rosyjskiego społeczeństwa - twierdzi Markow - zgadza się z premierem, że osiągnięta po roku 2000 stabilizacja polityczna jest czymś optymalnym dla Rosji. Tylko w ramach putinowskiego systemu możliwa będzie modernizacja kraju. Ta ostatnia - przyznaje Markow - na razie mocno kuleje. Nie jest to jednak wynik błędów władzy, lecz działań rozmaitych grup w obrębie państwowej biurokracji i politycznego establishmentu. To także owe grupy są odpowiedzialne za łamanie w Rosji praw człowieka. Zachód wciąż oskarża o nadużycia Kreml, tymczasem prawda jest zupełnie inna. Aby zatem w Rosji rozkwitła demokracja, potrzeba… jeszcze większego wzmocnienia centralnej władzy, tak by mogła rozprawić się ze szkodzącymi państwu koteriami. Wspieranymi i inspirowanymi (a jakże!) przez Zachód, który w swoich poczynaniach kieruje się wedle Markowa przede wszystkim ideologią zaciekłej rusofobii.
Filip Memches: W dzisiejszej Rosji prezydent i premier są dwoma ośrodkami władzy politycznej. Rywalizacja w ramach tandemu Miedwiediew-Putin wydaje się więc nieuchronna. Czy dostrzega pan jakiekolwiek jej przejawy?
Siergiej Markow*: Ośrodek władzy jest jeden. To, że kierują nim dwie różne osoby, powoduje, iż pewne grupy biurokratyczne, prowadząc swoje gry, chcą z tej różnicy uczynić polityczną sprzeczność. Oprócz biurokratów są także politycy związani z kręgami oligarchicznymi, wciąż niezadowoleni z tego, że za sprawą Putina stracili władzę. Chcą wzmocnić prezydenta kosztem premiera, aby pod skrzydłami Miedwiediewa znów przejąć ster rządów. Mają zresztą swoich ludzi wśród obecnej elity rządzącej. Realizacja interesów biurokratycznych i chęć rewanżu polityczno-oligarchicznego to nie to samo, a jednak w tym wypadku idą one w parze.
Mówi pan o powiązaniach polityczno-oligarchicznych. Co ma pan na myśli?
Są starzy oligarchowie, którzy w okresie prezydentury Putina utracili polityczne znaczenie. To m.in. właściciele Grupy Alfa czy Łukoilu. Chęć rewanżu łączy ich z prozachodnimi politykami, którzy z kolei nie popierają zwrotu, jaki nastąpił w mijającej dekadzie. Uważają bowiem, że suwerenność Rosji powinna być ograniczana przez Zachód, ponieważ bez takiego ograniczenia Rosja będzie prowadzić politykę antyzachodnią. Nurt prozachodni reprezentują chociażby minister finansów Aleksiej Kudrin czy szef banku centralnego Siergiej Ignatiew. W tym kontekście warto też wspomnieć o ambicjach oddziaływania na prezydenta, jakie wykazuje Instytut Nowoczesnego Rozwoju, na czele którego stoi Igor Jurgens. Poza starymi oligarchami i politykami prozachodnimi są również nowi oligarchowie, związani ze strukturami państwowymi takimi jak Rosnieft. Ci znajdują się blisko władzy, więc chcą po prostu mieć na nią większy wpływ. Generalnie wszystkim oligarchom zależy na władzy politycznej. Dzisiaj, umownie rzecz ujmując, ministrowie mianują oligarchów. Oligarchowie natomiast chcą, by było odwrotnie - żeby to oni mianowali ministrów.