Niall Ferguson jest przekonany, że Europejczycy, podobnie jak Amerykanie, nie doceniają geopolitycznych zmian, które są efektem rozwoju chińskiej gospodarki, nie oswoili się z myślą, że rodzi się nowe mocarstwo potrafiące i chcące narzucać Zachodowi własne reguły gry. "Sto lat temu delegacja przywódców europejskich odwiedzających Chiny miałaby prawo do zadufania. Na zachodnią Europę przypadała wówczas 1/3 produkcji światowej, a na Chiny, po stuleciu stagnacji gospodarczej, mniej niż 1/10". To historia, do której nie ma powrotu, przestrzega Ferguson.
Niall Ferguson*
Europejscy ministrowie finansów odwiedzili niedawno Chiny. Miejmy nadzieję, że w wyniku tej podróży pryśnie zadufanie, jakie zdaje się ostatnio przenikać europejskie stolice. "Obudź się i poczuj zapach kawy", mawiają Amerykanie w obliczu podobnego zadufania. Europejczycy muszą się obudzić i poczuć zapach zielonej chińskiej herbaty.
Wyobraźmy sobie dwadzieścia Wielkich Brytanii albo trzy Unie Europejskie, a będziemy mieli niejakie pojęcie o rozmiarze Chin, gdzie mieszka 1/5 rodzaju ludzkiego. A teraz wyobraźmy sobie, że gospodarka tego olbrzymiego kraju rozwija się cztery razy szybciej od europejskiej - de facto szybciej niż jakakolwiek gospodarka w dziejach świata. Według obliczeń firmy Goldman Sachs, PKB Chin w tym roku prześcignie brytyjski, a w 2007 - niemiecki. Prognozy wskazują, że w 2041 roku będzie to największa gospodarka świata. Takie cuda potrafi sprawić 9-procentowy wzrost dochodu narodowego w skali roku. W ciągu dekady gospodarka rośnie grubo ponad 2-krotnie. Jakie są wizualne skutki takiej niezwykłej dynamiki rozwoju? Właśnie odwiedziłem pięć spośród najszybciej rozrastających się miast chińskich, mogę więc zameldować, że wygląda to jak przebudowa londyńskich Docklands (zamiana postindustrialnej ruiny w najbardziej luksusową dzielnicę Londynu) puszczana w przyspieszonym tempie na wielkich ekranach plazmowych. W życiu nie widziałem tylu żurawi budowlanych. Praca wre dniem i nocą. Chyba nawet w rozbuchanych amerykańskich latach 20. tak to nie wyglądało. Idziesz spać i nie wiesz, jaką panoramę miasta zobaczysz rano za oknem. Zapomnijmy o Nowym Świecie. To jest Neo-Nowy Świat. Sto lat temu delegacja przywódców europejskich odwiedzających Chiny miałaby prawo do zadufania.
Na zachodnią Europę przypadała wówczas 1/3 produkcji światowej, a na Chiny, po stuleciu stagnacji gospodarczej, mniej niż 1/10. Imperia brytyjskie, francuskie, rosyjskie i niemieckie miały pod kontrolą niektóre obszary terytorium chińskiego. Na wybrzeżu, a nawet w głębi lądu, roiło się od "portów traktatowych", w których obywatele Europy mogli mieszkać i pracować całkowicie wyjęci spod prawa chińskiego. Imperium Qing było tak zadłużone u europejskich wierzycieli, że na czele systemu poboru cła stał brytyjski urzędnik. Dochody z chińskiego handlu szły prosto do europejskich inwestorów.
Miara chińskiego upokorzenia dopełniła się w 1900 roku, gdy imperia europejskie wspólnie z USA i Japonią stłumiły antyzachodnie powstanie bokserów. Pokonawszy buntowników w Pekinie, międzynarodowe oddziały ekspedycyjne urządziły "wielki marsz" przez Zakazane Miasto, zatrzymując się tylko celem "nabycia" paru tablic mandżurskich dla British Museum.
To było dawno. Dziś, na skutek reform zainicjowanych pod koniec lat 70., Chiny mają najbardziej dynamiczną gospodarkę na świecie i całkiem niewykluczone, że w całych dziejach. Tymczasem Europa w szybkim tempie staje się "chorym człowiekiem" świata rozwiniętego - przez minione 15 lat tytuł ten dzierżyła Japonia.
Chińskie przemiany są tak dynamiczne, że zawłaszczają pierwsze strony gazet - konferencja Partii Pracy czy nominacja nowego członka amerykańskiego Sądu Najwyższego sprawiają na tym tle wrażenie zdarzeń zgoła komicznie zaściankowych. Czy naprawdę uwierzyliśmy, że 1989 rok oznaczał "koniec historii" i "triumf Zachodu"? Największa transformacja ekonomiczna wszech czasów dokonuje się pod przewodem komunistycznych aparatczyków, którzy nie dają żadnych sygnałów, by mieli zamiar zrezygnować z monopolu na władzę. Przeciwnie, w ciągu trzech lat od objęcia władzy prezydent Hu Jintao znacząco zintensyfikował kontrolę państwa nad mediami.
Pytanie za 60 mld renminbi brzmi, rzecz jasna: jak długo spadkobiercy Mao mogą sobie pozwolić na kierowanie tym żyjącym oksymoronem - "socjalistyczną gospodarką rynkową"? Czy to rzeczywiście możliwe, by proponować ludziom, jako konsumentom, niemal nieskończony wybór oferowany przez wolny rynek, a jednocześnie jako obywatelom odmawiać im jakiegokolwiek wyboru politycznego? Inaczej mówiąc, czy napięcia społeczne stwarzane przez drugi (najzupełniej realny) Wielki Skok nie zrodzą powszechnej presji prodemokratycznej?
Intuicja podpowiada mi, że o gospodarczym i politycznym losie Chin zdecydują dwie kluczowe instytucje. Jedna i druga jest siecią. Pierwsza to chiński system finansowy - sieć kredytowa, która pełni rolę pasa transmisyjnego między ogromnymi prywatnymi oszczędnościami Chińczyków a równie ogromnym boomem inwestycyjnym. Druga to globalna sieć informacyjna - internet.
Najpierw omówmy sieć kredytową. Jest to mniej imponujący aspekt chińskiego cudu gospodarczego. Owszem, Chińska Republika Ludowa dorobiła się lasu wieżowców, tysięcy mil nowych dróg i dziesiątek kompleksów przemysłowych rozmiarów Walii, ale banki, giełda i inne instytucje finansowe są śmiechu warte. Banki to relikty dawnej gospodarki planowej, u których upadłe przedsiębiorstwa państwowe z czasów Mao mają niemożliwe do oszacowania długi. Względnie nowa giełda jest z kolei mikroskopijna na tle sektora przedsiębiorstw. Skutek jest taki, że alokacja środków na inwestycje i kredyty nie dokonuje się w warunkach realnej konkurencji i wiarygodnego obiegu informacji, lecz poprzez układy personalne, które maksymalizują stopę zwrotu dla wpływowej elity, a nie ogólną sprawność gospodarki.
Czy niezliczone nowe wieżowce w szanghajskiej dzielnicy Pudong za pięć lat będą przynosiły zyski? Mam poważne wątpliwości. A dziwaczny biurowiec w Shenyang, o kształcie chińskiej monety? Jeszcze mniej prawdopodobne. Czy boom budowlany, który jest teraz głównym tematem rozmów w Szanghaju i Pekinie, mógłby nagle prysnąć jak bańka mydlana? Jasne, że mógłby. A jakie byłyby skutki takiego załamania się rynku nieruchomości dla całej gospodarki? Nikt nie ma zielonego pojęcia.
Być może Komunistyczna Partia Chin unieważniła ogólnie znane prawa rozwoju gospodarczego. Być może Chiny zdołają utrzymać szybki wzrost, ani razu nie przechodząc kryzysu finansowego, który okresowo przerywał sielanki cudu gospodarczego w innych krajach azjatyckich. Mocno w to jednak wątpię. Eksperci twierdzą, że chiński kryzys finansowy jest niemożliwy, bo w ciągu ostatnich kilku lat Chiński Bank Narodowy zgromadził góry dolarów. Przeceniają jednak znaczenie rezerw walutowych banku centralnego. To jasne, że Chin nie czeka kryzys walutowy w rodzaju tego, który w 1997 roku dotknął Tajlandię i Malezję. Juan podlega presji aprecjacyjnej, a nie deprecjacyjnej, bo spekulanci przewidują dalszą rewaluację waluty po śladowej zmianie lipcowej. Istnieją wszakże inne rodzaje kryzysów finansowych. W 1929 roku USA miały obfite rezerwy złota - największe na świecie. Nie zapobiegło to panice bankowej, która należała do głównych zapalników Wielkiego Kryzysu. I nie zapominajmy o presji protekcjonistycznej, która narasta, w miarę jak chińscy eksporterzy podgryzają kolejne amerykańskie i europejskie sektory wytwórcze. Jakie byłyby polityczne skutki recesji w Chinach? Znów nikt tego nie wie. Ale gdyby doszło do masowych protestów, nie wierzę, że dałoby się je stłumić z taką łatwością, z jaką stłumiono ruch prodemokratyczny latem 1989 roku. Choćby dlatego że 100 mln Chińczyków ma teraz dostęp do internetu.
Niechby nawet władze zablokowały strony BBC - co z tego? Gdy wpisałem w Google "korupcja w Chinach", wyskoczyło mnóstwo artykułów z całego świata. Jest po prostu zbyt dużo zachodnich agencji informacyjnych - nie wspominając o bezliku blogów - by cenzura była skuteczna. Inny istotny czynnik to rosnąca liczba Chińczyków, którzy uczą się angielskiego. Nie spodziewałem się tego, wierzyłem raczej w słuszność modnej przed kilku laty tezy, że nasze dzieci będą musiały nauczyć się mandaryńskiego albo zginąć. Rzeczywistość jest taka, że w głównych ośrodkach gospodarczych wszędzie słyszy się angielski. Szyldy są po chińsku i po angielsku.
W prawie wszystkich reklamach występują Europejczycy i pada co najmniej jedno zdanie po angielsku. Młodzi ludzie bardzo chcą sprawdzić swoje umiejętności językowe. Nie więcej niż pół godziny po moim pojawieniu się na którymś kampusie pewien gorliwy student uznał, że muszę być gościnnym wykładowcą i spytał, czy może chodzić do mnie na zajęcia.
Jak wiadomo, żadna gospodarka w dziejach nie rozwijała się linearnie, toteż istnieje spore prawdopodobieństwo, że w nadchodzących dekadach chiński wzrost gospodarczy nieco zwolni. Ale nawet najbardziej pesymistyczni obserwatorzy nie przewidują spadku poniżej 6 proc. Z drugiej strony należałoby mówić o cudzie, gdyby gospodarka europejska do 2035 roku rozwijała się w średnim tempie 2 proc. rocznie. Sama Komisja Europejska przyznaje, że proces starzenia się ludności może spowolnić wzrost aż o 3/4 punktu procentowego. Jednak nawet jeśli Chiny będą się rozwijały w tempie 6 proc., a Europa 2 proc., Pekin prześcignie Brukselę przed 2040 rokiem, gdy moje dzieci będą miały tyle lat co ja teraz.
Cherlawy wzrost gospodarczy i wysokie bezrobocie to tylko dwie spośród licznych przyczyn, dla których przywódcy Chin lokują UE znacznie niżej od USA w hierarchii światowej. Zostawmy na boku dwa inne ważne czynniki - słabość wojskową i brak znaczących zasobów energetycznych - które sprawiają, że nawet Rosja wydaje się dla Pekinu ważniejsza. Traktowana wyłącznie jako potencjalny rynek eksportowy, Europa jest dla Chin mniej obiecująca od azjatyckich sąsiadów Państwa Środka.
Politycy europejscy tylko pogarszają sprawę. Powiedzieć, że podjęta w czerwcu br. decyzja o narzuceniu kontyngentów importowych dla chińskich tekstyliów nie zrobiła na Pekinie dobrego wrażenia, to nic nie powiedzieć. Nie dość, że był to jaskrawy przykład protekcjonizmu, to jeszcze UE zrobiła to nieudolnie i europejskie magazyny zapełniły się zdelegalizowaną nagle orientalną bielizną. Kompromis wypracowany przez Pekin i Brukselę był większym upokorzeniem dla europejskiego komisarza ds. handlu, Petera Mandelsona, niż się powszechnie sądzi. W odbiorze Chińczyków przyleciał do nich z błaganiem o wybawienie go z opresji.
A przecież do przywódców europejskich ewidentnie nie dociera, w jak ciężkim położeniu ekonomicznym znajdują się ich kraje. Wręcz przeciwnie. Odchodzący kanclerz Gehrard Schröder ostatnio uraczył swój socjaldemokratyczny fanklub śmiechu wartą obroną "silnego państwa", najwyraźniej nieświadomy, że większość niemieckich korporacji już dawno postawiła kreskę na państwie niemieckim jako potencjalnym motorze reform gospodarczych. Na początku października miałem przyjemność posłuchać, jak pełen ogłady i dowcipny prezes Europejskiego Banku Centralnego, Jean-Claude Trichet, przemawia w Atenach. Niestety, dał kolejny popis klasycznego eurozadufania. Zapewnił bankietową publiczność, że euro odniosło ogromny sukces. Jaki? MFW przewiduje, że wzrost gospodarki strefy euro wyniesie w tym roku o 1,25 proc. W Niemczech - 0,9 proc., a we Włoszech - 0. Wątpię, czy Alan Greenspan uznałby takie osiągnięcia za sukces swej polityki monetarnej.
Pod wieloma względami najlepszym miernikiem prężności i przyszłych perspektyw danej gospodarki jest produktywność jej siły roboczej - wydajność pracy czy też wartość produktu wytwarzanego przez jedną osobę w ciągu godziny. Pod tym względem Zjednoczone Królestwo wlecze się w ogonie Europy. Jak podaje OECD, wydajność pracy w USA, Niemczech, a nawet Włoszech jest o 20 proc. wyższa niż w Wielkiej Brytanii, a we Francji - o 33 proc. Źródeł problemu nie trzeba daleko szukać. Jak wskazuje OECD, wyjątkowo duży odsetek brytyjskich uczniów opuszcza szkołę bez żadnych kwalifikacji. Pomaga to wyjaśnić, dlaczego co czternasty brytyjski mężczyzna w przedziale wiekowym 25-54 nic nie robi: po prostu brakuje mu umiejętności wymaganych przez pracodawców. 30 proc. Brytyjczyków w wieku 25-34 lata OECD klasyfikuje jako "słabo wykwalifikowanych" - co daje drugie miejsce od końca w grupie 16 państw rozwiniętych. W krajach znajdujących się na czele listy - w Japonii i Korei - wskaźnik ten wynosi poniżej 5 proc.
Tu kryje się prawdziwy powód do zmartwienia dla Europy. Ekonomiczna ofensywa Azji nie daje się sprowadzić do tego, że tamtejsi wytwórcy dorównują naszym. Rzeczywistość jest taka, że tamtejsza siła robocza szybko prześciga naszą. I skoro ponad miliard Chińczyków inwestuje energię nie tylko w pracę, ale i w naukę, odległość między Starym Zachodem a Nowym Wschodem może się tylko powiększyć.
Jechałem do Chin z nastawieniem, że napotkam tam starą komunistyczną kulturę uników i wykręcania się od odpowiedzi. Natrafiłem na coś wręcz przeciwnego. Ludzie bardzo chcą rozmawiać. Nie boją się, tak jak bali się obywatele ZSRR w czasach przed Gorbaczowem. Jeśli słabo walczą o przemiany polityczne, to dlatego że są zbyt zajęci zarabianiem pieniędzy. Ale gdyby pieniądze przestały płynąć, gdyby szemrany system finansowy się zawalił, nim najgorsze jego elementy zostałyby przerzucone na łatwowierne banki zachodnie, tolerancja dla korupcji - stanowiąca jeden z filarów "planowanej gospodarki rynkowej" - mogłaby się zmniejszyć.
A ponieważ dostęp do internetu i znajomość angielskiego błyskawicznie się rozprzestrzeniają, istnieją sposoby wyrażania niezadowolenia, o jakich nie śniło się pokoleniu placu Tiananmen. Bacznie obserwujcie tę ogromną i arcyważną przestrzeń.
Niall Ferguson
przeł. Tomasz Bieroń
*Niall Ferguson, ur. 1964, wykładowca historii politycznej i gospodarczej na Uniwersytecie Oksfordzkim i Harwardzkim. Redaktor i współautor tomu: "Virtual History"; autor m.in. "The Pity of War", "The Cash Nexus", "Empire" oraz "Colossus". W "Europie" nr 43 z 26 października br. opublikowaliśmy jego tekst "Kto zapłaci rachunki Ameryki".