W świątecznym numerze "Przekroju" Marcin Sendecki uczcił Boże Narodzenie zaszlachtowaniem, oskórowaniem i sprawieniem trzech kolegów po piórze: Janusza Andermana, Andrzeja Barta i Daniela Odii. Jest to rzecz nowa w metodzie, dotąd recenzent zarzynał pojedynczych literatów, teraz zwiększa wydajność, zachowując, a może nawet zmniejszając objętość. Ponieważ gość ma przy tym wszystkim stałą i silnie umiarkowaną ilość argumentów, jatka może mu się rozwijać. Obaw, że dojdzie do ostatecznego rozwiązania kwestii literatury polskiej przez Marcina Sendeckiego, mimo wszystko bym nie żywił; autor może ze wszystkim nie zdążyć, jest w końcu w średnim wieku, a robota wyniszczająca. Tym niemniej ma on prawo do dumy z swych osiągnięć i mógłby bardziej jeszcze się szczycić - w przypadku ostatniej egzekucji z triumfalną skrupulatnością wyliczając, że trzy starte przezeń książki to jest blisko 900 stron - niedostatecznie podkreśla, że załatwił te 900 stron na kilkudziesięciu linijkach - skądinąd rozmiar jak na Sendeckiego gigantyczny. Tak czy siak: trzy łby za jednym zamachem.
Podbipięta zatem? Dusiciel z "Przekroju"? Rzeźnik z działu książkowego? Jedyny sprawiedliwy w bezbarwnej jak piekło Sodomie współczesnej literatury polskiej? Niestety gorzej. Znacznie gorzej. Frustrat? Też, ale nie tylko. Gorzej, znacznie gorzej. Krytyk literacki? Skąd! Nawet najmarniejsi dzisiejsi krytycy nie pozwalają sobie na taką bezkarność. Gorzej, znacznie gorzej. Któż więc? Poeta.
Tak jest. Marcin Sendecki jest poetą gromiącym prozaików, pisarzem rozprawiającym się z pisarzami, człowiekiem pióra odsądzającym od czci i umiejętności innych ludzi pióra.
Niepisana zasada tego fachu mówi, że o kolegach jak o nieboszczykach: albo dobrze, albo wcale. To jest prawo cechowe. Nie tylko w literaturze obowiązuje, czy raczej winno obowiązywać. Wyobraźcie sobie pianistę publicznie głoszącego, że kolega grać nie umie, malarza na innym malarzu psy wieszającego, reżysera ze wzgardą pracę innych reżyserów komentującego. Dziennikarz "Wyborczej" dezawuujący niedawno dziennikarza TVN dobitnie, choć paradoksalnie zasadę tę przypomniał. Miał argumenty? Pewnych rzeczy się nie robi, nawet jak się ma argumenty.
Być może mam pod tym względem przeczulenie - nie jestem całkiem czysty. Swego czasu pisywałem coś w rodzaju "książek najgorszych" - inna rzecz, nie należałem w tamtych czasach do cechu, nie byłem niczyim kolegą pisarzem. Niestety i później zdarzyły mi się nie całkiem fair natarcia. Raz szło o autora, którego popierali wszyscy najczcigodniejsi mędrcy, jacy wówczas na tych ziemiach żyli - z przemożną w istocie siłą się potykałem. Drugi raz prawdopodobnie zbyt rozlegle wystąpiłem w obronie - powiedzmy - luterskiego sera. Dawne i w nikłym stopniu historyczne dzieje, ale nie przeczę: mogę w sobie mieć coś z nawróconego na starość grzesznika. Owszem powściągliwości w krytykowaniu kolegów artystów nie da się wprowadzić ustawowo, sam wszelako fakt, że zaistniał cień takiej ustawy, dowodzi, że zawał jest rozległy.
Ach, oczywiście reguły są po to, by je łamać; można mieć setki uzasadnień: gdy piszę o kolegach = przestaję być poetą, staję się szarym wyrobnikiem tłukącym recenzje, by było co do garnka włożyć; albo: solidarność cechowa nie może polegać na adoracji; albo: jestem wierny swym gustom, nic na to nie poradzę, taki jestem, wolno mi. Ależ oczywiście, wszystko wolno, zwłaszcza w literaturze wszystko wolno. Doprawdy wszystko. Ale jak wszystko wolno, to nieraz to samo trzeba brać na klatę. Innym też wolno.
O Andermanie Sendecki tak powiada: "Był - proszę wybaczyć sentymenty - jednym z bohaterów mojej młodości. Jego debiutancka »Zabawa w głuchy telefon« to bodaj pierwsza polska współczesna książka dla dorosłych, którą z niejakim przerażeniem przeczytałem. Potem była »Gra na zwłokę«, obrazoburcze poniekąd opowiadania ze stanu wojennego zebrane w tomie »Brak tchu« - i tak dalej, ale dalej już było słabiej". Po czym reszta dorobku autora "Fotografii" zostaje zmasakrowana, ostatnia powieść przekreślona jednym cytatem, jest mowa o "odgrzewanych kotletach nanizanych na nić słabej intrygi" (zapewne tak finezyjny, że niewidzialny dystans poetycki jest w tym zdaniu), a całość kończy dobitne: "smutno patrzeć". Otóż prawdziwie smutne jest to, że o Sendeckim można powiedzieć podobnie, tyle że gorzej, bo obiektywnie. Gdybym - godząc się na zaproponowane przez Sendeckiego zawieszenie praw cechowych - chciał pisać o Sendeckim tak, jak Sendecki pisze o Andermanie, napisałbym bez sentymentalnego krygowania, ale też bez urągliwych złośliwości, że Marcin Sendecki nie tylko moim zdaniem był na początku lat 90. nadzieją poezji polskiej; niepokojące było to, że autor pisał mało i faktycznie drugi tomik wyszedł po latach i tak dalej, ale dalej było już niestety słabiej. Chwalebny lakonizm i powściągliwość w szafowaniu słowem poszły za daleko, nizane po latach na nić kolejnych zbiorków parolinijkowe okruchy poetyckie miały za mało merytoryzmu, by okupić ich nikczemną posturę. Z ostatniej ledwo uskładanej z męczeńskich sentencji książeczki, że zastosuję ulubiony chwyt Sendeckiego, nic nie wynika. To znaczy jedno wynika niezbicie: wtórność zupełna. Rozumiejący swój dramat Sendecki znalazł rozwiązanie i to, trzeba przyznać, całkiem niezłe: przystał do silniejszych, został mianowicie epigonem kultowego Andrzeja Sosnowskiego.
Być może rozwinąłbym ten wątek, ale raczej nie, w końcu pisałbym wedle wzoru, w którym dowodzenie racji nie obowiązuje, wspomniałbym więc jedynie o dosyć licznej armii naśladowców, ergo ofiar Sosnowskiego, owszem, autora niezwykle charyzmatycznego, i nie tylko przez to nie do podrobienia. To znaczy teoretycznie Sosnowski jest niby łatwiejszy do podrobienia niż taki np. Różycki (jest zdaje się w dzisiejszej poezji strona Sosnowskiego i strona Różyckiego?). Sosnowskiego niby łatwiej podrobić, bo jest "tajemniczy", a też "hermetyczny", a struganie wypowiadającego tajne zaklęcia szamana każdemu zdaje się dostępne, stąd też naśladowców chmara, rozpoznać ich jednak łatwo głównie po zastępczym trudzie: własnej tajemnicy nie mając, tajemnicę Sosnowskiego próbują taszczyć.
Tak bym napisał, jakbym pisał podobnie jak Sendecki, nie czynię tego - przestrzegam reguł. A nawet jakbym się zdecydował, to z jednej strony byłbym nieskończenie ostrzejszy, z drugiej pointa moja i tak byłaby przychylna: wszystko przecież jest w porządku. Być epigonem Sosnowskiego to nie jest mało, a dla tych, co uważają, że żyją w czasach Sosnowskiego, jest bardzo dużo. Ale dlaczego z tego powodu grzmocić kolegów?
Może jest to przypadek jeszcze dramatyczniejszy, może jest to przypadek utraty wiary? Sendecki stracił wiarę w siebie, w swoje pisanie, przestał wierzyć, że jest poetą, ergo przestał nim być; przestał wierzyć nawet w jakąkolwiek wagę swoich przekrojowych malkontenctw i gryzmoli, co jadowita ślina na język przyniesie? I tak nikt nie czyta? Przy takich założeniach wszystko byłoby usprawiedliwione, co nie znaczy, że jest dobrze. Nawet jeśli jest odwrotnie: wzmożenie wiary, mania wielkości, gromienie z wyżyn stada pozbawionych krztyny talentu matołów - jest kiepsko. Szanse na twórcze przebudzenie małe, a przy tym, co do tej pory powstało, nawet na samobójstwo za późno. Oczywiście zawsze można by się wziąć do roboty, mniej żreć, mniej leżeć na kanapie, więcej pisać. Jak brać przykład z Sosnowskiego, to w całości: nauczyć się języków, tłumaczyć, pisać porządne eseje. Wiersze, jak wszelkie frazy w tym fachu, przychodzą przy robocie. Wątpię w taką zmianę. Będzie jak jest. Dotknięty chronicznym zaparciem twórczym kapryśny liryk będzie w nieskończoność labiedził nad wydającymi kolejne książki powieściopisarzami, tak jak dziś labiedzi. "Dawno nie czytałem - pisze o »Fabryce muchołapek« Andrzeja Barta - tak zadufanej w sobie i pustej książki". Otóż o wagę książki Barta nie zamierzam się z Sendeckim spierać, albowiem guzik mnie obchodzi, czego Sendecki "dawno nie czytał". Mam wrażenie, że normalnym trybem bardzo dawno niczego nie czytał. Namiętne oddawanie się wrogiej lekturze być może przynosi mu chwilową ulgę, a nawet złudę obcowania z jakimś światem przedstawionym - nie powinien wszakże całkowicie mylić czytania z dymaniem książek.
zgadzam się z założeniem Pilcha:) "rodzina" jest najważniejsza:) pozdrawiam.