Morrissey "Year of Refusal"
Wyd. Universal, 2009
Ocena 4/6
----------------------------------------------------------------
Można go kochać albo nienawidzić, ale w żadnym wypadku nie można przejść obok Morrissey’a obojętnie. Za czasów The Smiths był podziwianym przez wszystkich nastoletnim rockmanem z duszą romantyka, a dziś jest zgryźliwym bufonem, który wciąż żyje swoim młodzieńczym mitem. Nie zmienia to jednak faktu, że dwoma ostatnimi albumami, „You Are the Quarry” i „ Ringleader of the Tormentors”, pokazał, że ma coś jeszcze do powiedzenia. Teraz zamyka swoją trylogię mocnym muzycznie i dosyć irytującym tekstowo „Year of Refusal”.
„Oh, coś nie daje mi spokoju – coś, czego nie potrafię opisać. To brak miłości we współczesnym świecie” – takim wyznaniem na początku płyty Morrissey już zapowiada naprawdę ostrą jazdę. Tak jak na okładce płyty – wciąż trzyma fason jak przed laty, tylko teraz zgrywa wrażliwego twardziela, który cierpi za miliony.
Moz wciąż nie wyrósł ze swoich młodzieńczych rozterek sercowych i nie opuszczają go refleksje na temat dojrzewania w „That’s How People Grow Up”, kiedy śpiewa: „Traciłem swój czas, próbując się zakochać, ale wszystkie rozczarowania dostatecznie mnie zraniły. Tak dorastają ludzie”.
Wokalista dochodzi do wniosku, że dopiero wypadek samochodowy, w którym złamie się kręgosłup, może uzmysłowić, że w życiu są gorsze rzeczy niż bycie niekochanym. Nie trudno dostrzec w tych słowach charakterystycznego dla niego sarkazmu, ale po pięćdzięsięcioletnim facecie można by spodziewać się bystrzejszych spostrzeżeń.
Zamiast tego Anglik serwuje nam (....)
Jacek Skolimowski
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Recenzja nowej płyty Morrisseya w całości ukaże się w piątkowym magazynie Kultura DZIENNIKA