„Jako filmowiec zdaję się trochę na przypadki. Są rzeczy zaplanowane i przemyślane, ale zawsze liczę na to, że pojawi się coś nieoczekiwanego, co zaburzy moją koncepcję i wyniesie do niej coś nowego” – mówiła Varda podczas spotkania z „Dziennikiem” na festiwalu w Wenecji, gdzie dokument kolaż „Plaże Agnès” miał premierę. 80-letnia reżyserka zabiera w nim widza bardzo osobistą podróż. W ciągu dwóch godzin cofamy się z nią do samego początku – rodzinnego domu w Belgii, pierwszego dziecka, pierwszego festiwalu w Cannes z filmem „Cleo od 5 do 7” (od czasu którego współpracuje z Joanną Bruzdowicz żyjącą w Paryżu polską kompozytorką), spotkania z wieloletnim partnerem Jacques’em Demy, dwuletniego pobytu w Kalifornii, ruchu feministycznego i słynnego listu kobiet przyznających się do aborcji we Francji, w końcu śmierci ukochanego mężczyzny. Varda nie poprzestaje na faktach. Zaprasza widza do środka swojej głowy – pokazuje, jak powstają w niej pomysły, łączy wyimaginowany świat z rzeczywistością. „Osobiste kino wcale nie znaczy, że opowiadasz o sobie. Osobiste to wybór sposobu opowiadania” – mówi.
Twórczość Vardy określa się często jako uosobienie poszukiwań kobiecego kina na francuski sposób. I taki – kobiecy – jest właśnie dokument podsumowujący jej życie – reżyserka opowiada na o rzeczach z pozoru nieistotnych, jak za wąski garaż przy jej paryskim mieszkaniu w latach 60., a chwilę później stawia sobie fundamentalne pytania. Ich ciężar próbuje zlekceważyć, wprowadzając postać rysunkowego gburowatego kota, który zadaje jej najważniejsze pytania. „Pozwalam rzeczom się pojawiać, a potem pozwalam im działać. Chciałam pokazać moim bliskim moje wspomnienia z przeszłości i zobaczyć, jak na nich działają. To są wspomnienia starej kobiety, ale nie kobiety stojącej nad grobem”. Varda balansuje na granicy ekshibicjonizmu, ale potrafi zachować dystans i zdobyć się na ironię. „Chciałam zrobić film, w którym będę mogła się ukryć i w którym się odkryję. Nie wierzę, że film to wieża z kości słoniowej”.
W ciągu dwugodzinnej projekcji udaje jej się zdemitologizować podróż w krainę dzieciństwa, kiedy podczas odwiedzin w rodzinnym domu: „nie czuje żadnych emocji”. A potem wycisnąć z widza kilka łez, gdy opowiada o swojej relacji z Jacques’em Demy. Kieruje się zasadą, którą powtarza od lat: „Obiektywizm nie istnieje nawet w dokumencie, lubię powtarzać za Owidiuszem: moje dzieła są kłamliwe”.
Nie jestem kinofilem – czyli babcia Nowej Fali
Alain Resnais: Ten plan przypomina mi „Ziemia drży” Viscontiego.
Agnès Varda: Kto to jest Visconti?
Resnais: U Antonioniego, w „Krzyku”, jest to samo zamiłowanie do murów.
Varda: Kto to jest Antonioni?
Alain Resnais był montażystą zrealizowanego w 1954 roku debiutu Vardy „Le Pointe Courte”. To on zabrał ją pierwszy raz do paryskiej Filmoteki i doradzał, co powinna oglądać. „Dożyłam wieku 25 lat, kiedy zrobiłam swój pierwszy film, nie obejrzawszy wcześniej nawet 25 filmów. 10 najwyżej! Oczywiście nie uważam się za pierwszą kobietę-reżyserkę. Ale ja ustawiłam sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Mój pierwszy film «La Pointe Courte» od razu z założenia był trudny, złożony z dwóch planów: jednego dokumentalnego, drugiego fabularnego. Próbowałam znaleźć inny sposób opowiadania. Filmowanie to czasem tylko produkt konsumpcyjny, ale dla mnie to sztuka i misja”.