sobota  20 marca 2010 r.  Imieniny: Eufemii, Kiry, Klaudii
 
Poleć znajomemu
|
Umieść na Facebooku Dodaj do Blipa Dodaj do Twittera Wykop artykuł Dodaj dośledzika Wersja mobilna
|
Wydrukuj
|
e-mail: 

Rozmowa z gwiazdą młodzieżowego hitu "Zmierzch"

Pattison: Tajemnica czyni atrakcyjnym

"Zmierzch", ekranizacja pierwszego z bestsellerów Stephenie Meyer, stał się jednym z największych hitów zeszłego roku. Sukces filmu dał początek globalnej "zmierzchomanii", a grającego główną rolę Roberta Pattinsona uczynił najbardziej pożądanym młodym aktorem.

Wierzysz w wampiry?
Robert Pattinson:
Powiedzmy, że w niektóre zjawiska paranormalne, ale nigdy się nad nimi specjalnie nie zastanawiałem.

A co byś zrobił, gdybyś – jak cała rodzina filmowych Cullenów – mógł żyć wiecznie?
Dwie rzeczy, na które zawsze brakowało mi czasu: nauczyłbym się francuskiego i gry na fortepianie, czyli tego, w czym Edward jest świetny.

Jak to jest grać najbardziej romantyczną postać ostatnich lat?
Starałem się jak najlepiej wejść w jego skórę. Przede wszystkim być tak milczącym jak Edward. Oj, zdradzam teraz wszystkie moje tricki. Z resztą ekipy rozmawiałem mało, wyłącznie o filmie. Myślę, że gdy człowiek nie zdradza zbyt wiele na swój temat, nosi w sobie jakąś tajemnicę, to zawsze czyni go bardziej atrakcyjnym dla innych. Chciałem stworzyć mojego bohatera mniej więcej w ten sposób. Poza tym wydawało mi się, że Edward powinien być nieco pruderyjny. W końcu wychował się w innej epoce i staroświecki był w książce Stephenie Meyer. Pokazanie go takim nie było łatwe, przecież nie wystarczy cały czas stać prosto jak kołek.

Może i staroświecki, trochę drętwy, lecz kobietom się podoba.
Nie mam pojęcia, dlaczego dziewczyny na niego lecą. Edward Cullen to przecież strasznie dziwny gość. Zawsze też wydawało mi się, że kobiety wolą złych chłopców. Ci mili pozostają na przegranej pozycji. Z jakiegoś powodu jednak moja postać podoba się wszystkim paniom. Gdyby żył naprawdę, pewnie byłby kimś w rodzaju seryjnego mordercy szlachtującego swe ofiary siekierą. Wylądowałby w wariatkowie albo w więzieniu.

Co takiego jest w powieściach Stephenie Meyer, że stały się fenomenem wydawniczym?
Kiedy po raz pierwszy przeczytałem „Zmierzch”, nie był jeszcze na takim topie. Pomyślałem, że to dziwna książka. Wydawała się jak seksualna fantazja autorki. Jakby Stephenie Meyer wymyśliła sobie, iż jest nastoletnią Bellą zakochaną w idealnym wampirze. Wiele rzeczy w jego opisie było tak specyficznych, bardzo dokładnie przemyślanych. Czytając jej powieść, czułem się trochę jak podglądacz i była to jedna z rzeczy, które mnie od „Zmierzchu” odrzucały. Ale potem podczas pracy nad filmem ogromnie mi się te szczegóły i opisy przydały.

Czy „Zmierzch” to twoim zdaniem coś więcej niż nastoletnia love story?
To, że Edward i Bella są outsiderami przyciąga czytelników i widzów. Interesujące wydaje się zwłaszcza to, że ona nie jest takim oczywistym wyrzutkiem. Rodzice i znajomi ją uwielbiają, więc inna czuje się wyłącznie w swojej głowie. Czegoś jej brakuje, nie potrafi odnaleźć się w tym świecie. Gdyby nie poznała Edwarda, dożyłaby pewnie 108 lat i skończyła dokładnie w tym samym miejscu, myśląc: nie powinno mnie tu być. Właśnie to ich łączy, choć oczywiście ona nie jest wampirem.

Na ekranie między tobą a Kristen Stewart jest miłosna chemia. Czy coś takiego w ogóle można zagrać?
Robiliśmy wszystko, żeby relacje między nami wyglądały jak najbardziej prawdziwie. Od początku też dobrze się czuliśmy w swoim towarzystwie. Ale odrywanie miłości to zawsze oszustwo, markowanie własnych uczuć. Można co prawda pozostawać w roli przez cały czas pracy nad filmem, w końcu jednak zaczyna ci to uwierać.

To prawda, że nigdy nie oglądasz swoich filmów?
Nie umiem na siebie patrzeć. Od zawsze tak było.

Aktorstwo to twoje powołanie?
Ciągle czuję się zawstydzony, gdy ktoś nazywa mnie aktorem. Wydaje mi się, że jeszcze do tego nie dorosłem. Aktorstwo jest dla mnie kwestią dobrze opanowanego warsztatu i tej odrobiny talentu, która pozwala na wejście w całkowicie obcą postać. Ten proces budowania bohatera pociąga mnie najbardziej. Do każdej roli dodaję trochę ze swojego życia. Kiedy jednak kręciliśmy w Portland „Zmierzch”, działo się ze mną coś, co nie przydarzyło mi się nigdy wcześniej. Stałem się odludkiem. Zamiast spotykać się z ludźmi, chodzić do knajp, w środku nocy wstawałem, żeby pobiegać. Po trzech tygodniach prawie niemówienia wstydziłem się zamówić obiad w restauracji.

Biegałeś nocą po lesie?
W mieście, ale to i tak dziwne. Dotąd nie angażowałem się w rolę tak mocno.

W „Księżycu w nowiu”, sequelu „Zmierzchu”, który do kin wejdzie 20 listopada, Edwarda Cullena będzie trochę mniej.
Owszem, moja rola będzie mniejsza i, można by rzec, subtelniejsza. Będzie też trochę strasznie, bo w drugiej części sagi Belli lekko odbija.

W filmie „Little Ashes” wcieliłeś się w postać Salvadora Dalego, a w „How to Be” w początkującego muzyka. Wkrótce zagrasz w „Bel Ami” na podstawie opowiadania Guya de Maupassanta postać daleką od grzecznego wampira.
To znów będzie zupełnie niemoralny bohater. Historia z „Bel Ami” opowiada o niewinności i zepsuciu w świecie bogatych cyników.

Od kiedy stałeś się sławny, ludzie śmieją się z twoich dowcipów głośniej niż kiedyś?
Tak. Niestety. Cały ten szum wokół mojej osoby jest dla mnie niepojęty. Popadam nawet w lekką paranoję. Gdy idę ulicą, cały czas badawczo się rozglądam, bo boję się, że zaatakuje mnie armia nastoletnich dziewczynek. Ale to nie wszystko. Im więcej ludzi mówi ci, jaki jesteś wspaniały, tym bardziej musisz to udowadniać. Czujesz się przy tym idiotycznie, ponieważ tak naprawdę nic jeszcze nie zrobiłeś, niczego nie dokonałeś. Jesteś więc kompletnie skołowany.

Jak pozostać znanym i równocześnie zdrowym na umyśle?
Musisz ignorować wszystkich i być dla siebie surowym, powtarzając, że wszystko, co robisz, to śmieci.

To bardzo angielskie podejście.
I właśnie dlatego cieszę się, że jestem Anglikiem.

Podobne tematy:
Bieżące wydarzenia:
» GWIAZDA ROZEBRANA
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14