Początek XX wieku. Angel (Romola Garai), młoda dziewczyna z prowincjonalnego angielskiego miasteczka, ma jedno marzenie - chce zostać sławną pisarką. Spędza czas na zapełnianiu brulionów kolejnymi odcinkami romantycznych historii. Jedną z nich wysyła do Londynu. I znajduje wydawcę (Sam Neill) gotowego zaryzykować publikację powieści debiutantki. Książka odnosi niespodziewanie olbrzymi sukces, a wielkie marzenie Angel wreszcie się spełnia. Wraz ze sławą przychodzą wielkie pieniądze i równie wielkie fanaberie. Dziewczyna kupuje olbrzymią posiadłość, oświadcza się (!) ubogiemu malarzowi Esme (Michael Fassbender), którego siostra Nora (Lucy Russell) - najwyraźniej zakochana w Angel - podejmuje u pisarki pracę asystentki. Gdy jednak Esme jako ochotnik zgłasza się do armii, by walczyć na frontach wielkiej wojny, Angel porzuca pisanie poczytnych romansideł i tworzy przygnębiające antywojenne powieści. Ta zmiana doprowadzi pisarkę na skraj bankructwa i stanie się początkiem jej wielkich problemów, a w ostateczności - upadku.
Francois Ozon najwyraźniej lubi zaskakiwać swoich wielbicieli. Wydawało się, że porzucił ekstrawaganckie eksperymenty w rodzaju "8 kobiet" czy "Sitcomu" na rzecz kameralnych filmów obyczajowych ("Czas, który pozostał"). Tymczasem "Angel" jest klasycznym dramatem. A nawet - chciałoby się powiedzieć - arcymelodramatem w stylu George’a Cukora czy Williama Wylera. Skonstruowanym według podręcznikowych reguł, wzorowanym na klasykach amerykańskiego kina lat 30. i 40. Udana stylizacja na przedwojenny film kostiumowy to zresztą najmocniejszy punkt obrazu Ozona. Począwszy od scenografii, poprzez nieco teatralną grę aktorów, aż po najbardziej ograne rozwiązania fabularne i sztuczki techniczne sprzed kilkudziesięciu lat.
Ozon jest jednak zbyt doświadczonym reżyserem, by pozwolić sobie, ot tak, na nakręcenie łzawego, niemodnego melodramatu. Potraktował więc literacki pierwowzór jako materiał do kolejnego eksperymentu, zakpienia z konwencji, może nawet wystawienia na próbę cierpliwości widzów. Ale zabrakło w tym filmie dystansu do opowiadanej historii (choć kilka bardzo zabawnych scen świadczy o ironicznym podejściu reżysera do tematu), zabrakło odwagi i odrobiny szaleństwa, czy - jeśli już ktoś koniecznie chciałby dzieje Angel traktować serio - głębszego przedstawienia więzi łączących bohaterów. Ozon nie dał widzom żadnej szansy na podjęcie prowadzonej przez niego gry, zostawiając jedynie możliwość biernego przyglądania się kolejom losu Angel Deverell. W efekcie - niby parodiując klasyczne wyciskacze łez - sam nakręcił pięknie wystylizowany, ale akademicki dramat.
Być może jednak ten film miał dokładnie tak wyglądać. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby Ozon, wytrawny prowokator, nakręcił "Angel", by udowodnić swoją warsztatową biegłość i - przede wszystkim - z satysfakcją obserwować skonfundowanych widzów i krytyków, którzy do końca nie będą wiedzieć, czy obejrzeli właśnie rozdzierający dramat kostiumowy, czy też może reżyser zakpił sobie z nich w żywe oczy.
"Angel", reż. Francois Ozon, Wielka Brytania/Francja/Belgia 2007. Dystr. Gutek Film