Najpierw wczesne ballady. Później poeta odrzuca malarski sposób pisania i metafory po to, by „dramat (dzianie się) w wierszu szybciej szedł”. Wiersz jest skrótem, ekstraktem dziania się w rzeczywistości i w samych słowach. „U Mirona słowa pękają jak kasztany” – napisał kiedyś trafnie Artur Sandauer. Ale najważniejsza jest tu rzeczywistość, nie sam język. Tylko nadążanie za życiem. Tak, żeby pisanie i życie było jednym. Opowiada o tym w tekście „Mówienie o pisaniu”, który otwiera tom „Sprawdzone sobą” wydany w 25. rocznicę jego śmierci. To najlepsze istniejące wprowadzenie w jego twórczość, lapidarne, jakby specjalnie dla internetu (powinno się tam znaleźć). W poezji „idzie o to, żeby szło. Miało wzięcie. Działało. Żyło”. Wiersze – opowiada Miron – to zapis mówionego i powinny być czytane na głos. I poeta sam je czytał. Z dzieciństwa pamiętam jego głos z kasety. Puszczała go przy każdej okazji moja babcia Jadwiga Stańczakowa, jego przyjaciółka. Miron był stale obecny, co nie znaczy, że otoczony kultem – nic takiego nie było możliwe, bo ta literatura rozbraja humorem i autoironią wszystkie formy i zadęcia. Jego obecność niepoparta była zresztą wieloma wspomnieniami, bo byłam za mała. Właściwie zostało jedno wrażenie, że był kimś pomiędzy dzieckiem a dorosłym. I rzeczywiście, może stąd się brała jego ciekawości i radość nazywania.
Jak się czyta Mirona po latach? Jakby pisał teraz. Opowiada o doświadczaniu siebie i rzeczywistości. A to się nie zmienia. „Sprawdzone sobą” (powtórzone wydanie ze złotej serii PIW z 2003 roku) to jednocześnie skondensowana pigułka z jego życia (opisanego). Postać Le., z którym żył, przeprowadzka do nowego mieszkania w bloku na Grochowie zwanym przez niego Chamowem, wizyty u matki w Garwolinie, sny, szpital, sztuczne zęby, wyjazdy: Ameryka, Egipt. Z tomu na tom do wierszy wchodzi coś nowego: nowe miejsca, nowe punkty patrzenia i na siebie, i na świat; nowe głosy. Najpierw pojawiają się różne opowiadające kobiety: ciotka Aniela, Stefa, potem Kicia Kocia. W ten sposób doświadczenie się rozszerza. Pod innymi postaciami może pisać inaczej – choćby niepoważnie o śmierci, tak jak w ostatnich odsłonach kabaretu Kici Koci: „Nie bój się nic / bo życie nic nie znaczy/ Bo śmieć jak rydz / zdrowa dla umieraczy”. Uważne obserwacje samego siebie zawsze były tu najważniejsze. Ale chodzi jednocześnie o to, by „odczepić się” od siebie, być bardziej obserwatorem niż wewnątrz swojego ja, jak we wczesnym „Autoportrecie radosnym”: „moja świadomość tańczy”, czy w późnym wierszu, kiedy pisał: „stoję / ę to ja / ten patyk / na który nawija się / niebo z wronami”. Uczestniczymy nie tylko w dzianiu się, ale i w eksperymencie świadomości.
Są w tym zbiorze też wiersze zaskakujące, nietypowe dla tego poety. Takie jak „Sen”, czyli coś w rodzaju ballady romantycznej o zmarłym kochanku: „chcę cię ożywić ożywić / a muszę cię odprawdziwić”. Takiego Mirona kochanka nie znałam. Najważniejsze jednak jest to, że czytając tę poezję, cały czas mamy poczucie jego intensywnej obecności. Poprzez teksty cały czas prześwituje ta niesłychana i zadziwiająca osoba.
Sprawdzone sobą
Miron Białoszewski, PIW 2008