Latem 2007 roku z Wisły wyłowiono okaleczone ciało młodego mężczyzny. Istnieje podejrzenie, że to zwłoki Gustava Ryttenberga, syna szwedzkiego biznesmena z branży budowlanej – chłopak zaginął parę tygodni wcześniej. Nie wiadomo jednak, kto mógłby stać za ewentualnym porwaniem i morderstwem. Komisarzowi Adamowi Nowakowi szykuje się kolejne skomplikowane śledztwo. Jakby tego nie było dość, w podwarszawskim Raszynie znika bez śladu pewien hinduski przedsiębiorca – tu również w grę wchodzi porwanie, zwłaszcza że okoliczne gangi nie mają w zwyczaju łagodnie obchodzić się z obcymi.
Nowak, 40-latek po przejściach, oddany kibic Polonii Warszawa, wielbiciel klasycznego rocka i zarazem neurotyk ze skłonnością do pracoholizmu, musi też uporać się z kłopotami domowymi: jego nowa partnerka oczekuje czegoś więcej – założenia rodziny, ustatkowania się. Nowak sądzi, że musi wreszcie dokonać jakiegoś wyboru, nie wie jednak, że nadchodzące tygodnie zmuszą go do nadludzkiego wysiłku i postawią pod znakiem zapytania wszystko, co dotąd udało mu się w życiu zbudować...
Tomasz Konatkowski wyrasta powoli na czołowego polskiego autora kryminałów. Debiutancki „Przystanek Śmierć” wiele obiecywał, zaś „Wilcza Wyspa” – książka lepsza i sprawniej skonstruowana – potwierdza jego pisarski talent. Konatkowski nie próbuje modnych zabaw konwencją, nie ma też ambicji, by wyjaśniać czytelnikom, jak funkcjonuje świat. Wręcz przeciwnie – tworząc klasyczną prozę noir, skupia się na codziennych szczegółach policyjnej pracy, nie ubarwia i nie podkręca rzeczywistości.
Wie też, że dobra powieść kryminalna nie istnieje bez miasta. To – można powiedzieć – jej naturalna sceneria. A może nawet coś więcej, bo miasto bywa tu nie tylko tłem, ale też istotnym bohaterem. W „Wilczej Wyspie” taki stosowny klimat tworzą warszawskie ulice, odtworzone z zegarmistrzowską precyzją, ale bez zadęcia właściwego choćby utworom Marka Krajewskiego.
Ale Konatkowski pozwolił sobie jednak na pewną gatunkową grę – jego powieść w sposób ewidentny wpisuje się w nurt kryminału skandynawskiego, zaś wprowadzenie szwedzkich bohaterów (jednego nieżywego, drugiego osobliwie obojętnego) można chyba traktować nie tylko jako chwyt wspomagający dynamikę narracji, ale też rodzaj autoironicznego mrugnięcia okiem do czytelnika.
Bo „Wilcza Wyspa”, mimo warszawskiego anturażu, silnie czerpie przede wszystkim z książek Henninga Mankella. To oczywiście żaden zarzut – wręcz przeciwnie, kreatywne wykorzystywanie wzorców jest raczej zjawiskiem pozytywnym. Konatkowski, podobnie jak szwedzki pisarz, dbając o dynamikę akcji, nie przypisuje jej pierwszorzędnego znaczenia. Interesują go zaś często sprawy dla literatury popularnej drugorzędne: toksyczne relacje w rodzinie, metafizyka wielkiego miasta, globalizacja – powoli acz uparcie i nieodwracalnie odmieniająca nasz świat – również świat zbrodni: ów jest przecież tylko mrocznym lustrem, w którym wszyscy się przeglądamy.
Jeśli można coś powieści Konatkowskiego zarzucić, to pewne niedopracowanie w sferze życia prywatnego i stosunków damsko-męskich. Chwile, gdy komisarz Adam Nowak powraca do domu i musi stawić czoła problemom egzystencjalnym, należą do najsłabszych scen w książce, a rozmowy z wybranką serca brzmią nieco sztucznie. Niemniej mowa tu o warsztatowych drobiazgach, które nie zmieniają obrazu całości – „Wilcza Wyspa” to 400 stron naprawdę niezłej powieści kryminalnej. Na 2009 rok autor zapowiada kontynuację, będę jej wyczekiwał z niecierpliwością.