sobota  20 marca 2010 r.  Imieniny: Eufemii, Kiry, Klaudii
 
To view this object you need Flash
Poleć znajomemu
|
Umieść na Facebooku Dodaj do Blipa Dodaj do Twittera Wykop artykuł Dodaj dośledzika Wersja mobilna
|
Wydrukuj
|

Komentarze (1)

e-mail: 

Roz z życia Mirona

Tylko w DZIENNIKU: Nieznany Białoszewski

Późną wiosną 1975 roku Miron Białoszewski przeprowadził się z warszawskiego Śródmieścia na Saską Kępę, do świeżo wybudowanego bloku przy ulicy Lizbońskiej. Niewydane dotąd w całości "Chamowo" dokumentuje rok życia pisarza w nowym miejscu. Tylko u nas przedpremierowy fragment tej wybitnej książki.

świtkiem 20 czerwca

W końcu nocy powyglądałem oknem ze schodów. Jedno okno gdzieś trzaskało. Zaszedłem na filmowy korytarz na jedenaste piętro. Sprawdzić latające okno i czy tam kto mieszka, bo na wąskim boku domu są balkony, co dziwniejsze, jest balkon i na jedenastym piętrze. Sunąłem wzdłuż korytarza do końca, rezygnując z nocnej galerii widoków, bo mnie zaniepokoiły drzwi na drugim końcu, do tego właśnie tajemniczego pomieszczenia z oknem i balkonem. Zarysowała mi się w połowie iścia klamka, zawiasy, drzwi.

– Jak ja to przegapiłem? I oni?

Im bliżej, tym wyraźniej. I nagle klamka i zawiasy odskakują, to są liczniki na bocznej ścianie. Drzwi nikną, okazują się majakiem perspektywy. Ściany i schody. Nie wiadomo skąd się tam wchodzi. Wracając, sprawdziłem zapieczętowane jedyne drzwi. Nie mają numeru. Ale mają dzwonek i judasz. Z kolei one mnie zaniepokoiły. Czy to będzie dyżurka? Będę musiał wtedy dzielić z kimś jedenaste piętro. Kiedy schodziłem, lunął na mnie przeciąg. Podleciałem w bok – a to trzaska i wieje okno zawindowe. Chcę zamknąć, a ono się nie daje. Jeden zawiasik zagięty. Zmartwiłem się, że na moim piętrze takie niedociągnięcie. Będzie zimno, nim zreperują. Ta klatka? Ta, bo widzę drzwi 65.

– Tylko dlaczego wózek zabrali? Na noc?

Może się popili, siłowali z oknem. Wracam do siebie, a to mieszkanie 65, a przecież ja mam nie 65, a 62. Nie moje piętro.

Zebrałem się do wyjścia. Okazało się, że jest ciemno, ciepło. I pusto. Szedłem dość prędko spod mostku pod górę, cały czas wąskim lewym chodniczkiem Trasy przy barierze. W pewnej chwili ukazał się za barierą grodzącą jezdnię, za dwiema jezdniami, przy barierze przeciwnej chłopak. Szedł w stronę przeciwną. Poczułem do niego sympatię, choćby dlatego, że szedł na piechotę przez most. Przy Wiśle natrafiłem na podest, z którego trzeba zejść do połowy, a potem z niego wejść znów na most, ale już między grubą barierą od wpadnięcia pod samochód a normalną barierą do opierania łokci, od Wisły. Na podeście w cieniu stał chłop w gaciach. Podciągnął spodnie i zapiął, wziął teczkę i ruszył podestem naprzeciw. Starszy. Minąłem go. Zeszedł na sam dół, pod most, ale między filarami wrócił, poszedł na dalszą część Wału Miedzeszyńskiego. Wyglądało na to, że szukał dojścia do samej wody, a dojść tam nie ma. Z mostu granatowe otchłanie Wisły. Z drzewami. Po lewej. Nad środkiem konstelacja świateł. A to Trasa w skrócie, w górę, z wlotem pod Aleje Ujazdowskie, nad światłami latarni, tuneli wielopalącosięokienny dwudziestopiętrowiec. „Riwiera”. Za Wisłą, a przed odnogą w dole piasek. Patrzę, idzie po nim robot. Wyłonił się spod filarów. Niesie antenę. Głowa sztuczna. A to hełm. Chude, wysokie ubranie. Kroki dziwne, trudne. Idę, a mój cień padający z mostu na piasek zbliża się do jego cienia na piasku. Pomyślałem, że się o mnie dowie. Mijamy się cieniami, patrzy w górę. Zobaczył człowieka. Idzie dalej. Trudno, bo piasek. Do drzew, może coś mierzyć. Bo na moście czeka samochód roboczy. Za powrotem skręciłem spod filarów i Paryskiej w boczne przejścia, długie, łamane i gęste. Między parkanami. Domki, zapachy. Wplątałem się tak, że straciłem orientację. Przejście jak korytarzem, a tu odchodzi nagle uliczka Grecka. Plączę się dalej: Rumuńska. Myślę sobie

– Gdzie ja wyjdę?

Ukazują mi się wielkie drzewa, bariera, podniesienie jakiejś jezdni.

– Nic innego, tylko Wisła. Ale dom. Wielki, długi, szary.

Po paru krokach orientacji okazało się, że to mój dom z najkrótszej strony i moje topole. I jezdnia mostku.

rano

Byłem w głównym mieście – bez znudzenia jeżdżę po mostach – i w parku Skaryszewskim. Bucha w nos. Gorąc ze słońcem. Zielenina. Śpiewy. Nowe układy. Nie mogę znaleźć wypożyczalni książek. Czuję się jak na wakacjach. Przykrość przy wysiadaniu do siebie. Na skraju łączki rozkraczyła się wierzba, coś ją rozłupało, ale rosła dalej po swojemu, zieloniutka. A tu już po niej. Najemnik obrąbywał pień. To ten gust ludzkości.

Od międzypodwórza, wspólnego dla iluś naszych dziesięciopiętrowców, uklepują betony, stawiają latarnie, coraz mniejszy będzie bałagan, jeszcze na lewo stoi obóz roboczy, goła ziemia ze śmieciami, na niej zagródka i domek, i ileś wagonów. Boję się zbytniego porządkowania.

Gdyby wylądowali ci inni z nieba, dziwiliby się, dlaczego to miasto robi sobie tyle luzu między domami, a tak ciaśniutko w samych domach. Inna rzecz, że są na pewno tacy sami; jeżeli nawet na inaczej, to też nudno-ciekawi, w wielu sprawach niemożliwi. Spotkanie dwóch takich społeczności może podsycić system chamienia, upodabniania i uproszczenio-utrudniania do obrzydliwości, której się już nie ogarnie.

Wieczorem pukał i dzwonił Le.

– Musisz iść jutro na Nowogrodzką i z powrotem mnie zameldować na Dąbrowskiego.

– To jutro? W poniedziałek?

– Jutro, bo wyjadę. I to rano. O ósmej. Ja tu przyjdę.

– Ojej.

– I potem musisz iść na Bednarską po przydział na mieszkanie. Potem do spółdzielni mieszkaniowej na Grenadierów, potem wymeldować się na Nowogrodzkiej i zameldować na Międzynarodowej.

– Wszystko jutro?

– No.

– To idź, ja pójdę teraz spać. Nie wiem, czy pójdę jutro na ślub Krzysia.

sobota, 21 czerwca

Wyspałem się. Le przyszedł na wpół do dziesiątej. Zameldowałem go na Nowogrodzkiej, jako jeszcze główny lokator placu Dąbrowskiego. Na parterze. Chłodno, bez tłoku. Pani w okienku już obrobiona przez Le. Le. jej pokazał, w której szufladzie nasze papiery.

Obok sklep indyjski. Oglądaliśmy sznury agatów. Chciałem kupić Malinie. Ona tyle robi dla mnie, a nic jej dotąd nie dałem. Indyjskie te agaty. Tanie.

Na Bednarskiej zupełnie nie było ludzi. Stara kamienica, cicho, chłodno, uprzejmie. Z przydziałem w kieszeni wyszliśmy pod górę na Krakowskie. Usiedliśmy na skwerku, na którym po tamtej wojnie wystawili pomnik za mąkę i inne żarcia „Wdzięcznej Ameryce” i pomnik się rozpołowił. Le. pokazał na tuje

– O, takie bym chciał mieć.

– Bo ty lubisz takie drzewa do góry.

– Przecież to śliczne.

– Bo ja wiem.

– O, gałąź ktoś urwał i zostawił, wziąłbym, ale żeby nie pomyśleli, że to ja.

– Nie.

– Ty byś wziął?

– Wziąłbym.

Podniósł.

– Nie śliczne?

– No tak.

– To dla ciebie.

– Tyle przyjemności i bez grzechu.

– Właśnie.

Wstąpiliśmy na Dąbrowskiego. Już nie do siebie. Do Le. Bałagan, ale cieniście.

– U mnie to słońce, ja, jakbym dał ogłoszenie, to „zamienię na ponury pokój”.

– Po co masz przez gazetę. Idź do pani B., ona ci zamieni.

– Nie mam na to siły.

– Chcesz, to ci dam tą dużą makatę, którą przywiozłem z Holandii, zawiesi się we wnęce.

Od razu ją znalazł, rozłożył, spakował.

– Śliczny szal lyoński, musisz mi co za to dać.

– Zaraz co dać.

– Nie teraz, jak mi kiedy będzie potrzeba z tysiąc złotych.

– Dobrze.

– A nad szafką z płytami, żeby nie wycierali plecami, dałbym ci taki kawałek po Leonie, zaraz, gdzie ja to mam.

Poszedł, znalazł.

– Podobne do tamtego, też persko-tureckie.

– Jakie książki ci wziąć? Tylko te?

– Tylko.

– To wszystko do walizki, co jeszcze?

– Dzban.

– Do walizki.

– Dzban do walizki?

– A tak.

Wszystko się zmieściło. Odwieźliśmy walizę na Trasę Ł.

– Pójdę do antykwariatu wybrać ci jakie litografie na ścianę w kuchni.

– Pojechałbym z tobą.

– To wio.

– I od razu na ślub Krzysia. Ogolić się?

– Ogolić.

Założyłem białą koszulę, jedną z tych, które od Węgrów przywiozła Gracja.

Pokazałem chłopaka we wnęce na piętrze, na tle ogromnoszarej kamienicy. Do pasa goły, długowłosy.

– Patrz, święty we wnęce.

– To tacy stali we wczesnym średniowieczu, rycerze od razu w zbroi obok kupców.

– Niebo cały dzień dziś takie.

– Cały dzień.

– Turkusowe.

– To błękit pruski, zimny. Mieszkanie masz bardzo ładne.

– Co to znaczy? Na placu też mi mówili, że ładne.

– A bo ładne rzeczy we środku i wiersze się podobały.

– A, aha.

– Najważniejsze zdrowie i póki masz czułość.

Roześmiałem się

– Czułość wszystkiego?

– Tak, czułość.

Z pustą walizą wsiedliśmy w autobus. Le. pokazał na międzywiaduktową pochyłą łączkę, pikowaną sadzonkami w igiełki.

– To taki jest pejzaż pod Florencją.

– Ale to malutkie.

– Z daleka.

– Znam to z obrazów.

– Ale to tylko pod Florencją.

– Wysiądźmy tu po agaty.

Zaczęliśmy wybierać. Narady z paniami, które lepsze.

– Białych nie ma?

– Już nie ma.

– To pani z łaski swojej pokaże jeszcze te popielate – Le. nauczył się już mówić po warszawsku. Jest w ogóle uprzejmy, na ulicy, w autobusie. Ludzie mu dziękują.

– Te popielate bardzo ładne, jak pani przyłożyła do szyi.

– A bo na niebieskiej sukni.

– Te – pokazał Le. na rudoczerwone.

– Tak, te ładne, to które?

– Weź jedne i drugie.

– To dla kogo?

– Nie masz komu dać?

– Mam.

– To za darmo, wypada ponad 10 złotych jeden kamień.

– Aż tak?...

– Za chwilę zdrożeje.

Upał ogromny. Le. poszedł z walizą i przebrać się, ja pod Świętą Annę na ślub. Spotkałem Agnieszkę po hiszpańsku, spodnie, bluzka, na byle jak.

– Możemy kupić kwiatki.

– Właśnie.

W kiosku naprzeciw baba drożyła się. Róże po piętnaście złotych sztuka.

– O, nie. O, tam ma na chodniku. Po ile róże?

– Te po osiem, te po dwanaście.

– Wiesz, pełno dziś ślubów, na Piwnej też, wszędzie biją tym ryżem, trzymają gotowy w garści, to idzie taśmowo, aż głupio.

– Ja widziałam, jak bili monetami.

Coraz miga samochód od ślubu, ukwiecony albo z welonem na wierzchu.

(...)

Porozjeżdżaliśmy się. Agnieszka odprowadziła mnie do bramy Jadwigi.

– To Le. i Tadzio poszli razem. Tadzio ma odnieść mi obrazy. Już zgoda.

Agnieszka na to

– Le. mnie podpytywał w kościele, co o Tadziu sądzę, a ja, że on ma takie zalety, że zapomina się o wadach.

Jadwiga z lektorką, panią Stachą, wczoraj miały wrócić znad morza.

Dzwoniłem. Nikogo. Pewnie wyszły, na takie lato...

Kupiłem róże i chabry. Wróciłem z lornetką do nowego domu. Sprawdziłem Wilanów.

– Oczywiście. Kopuła, architektura, dokładnie widać.

A taką miałem niepewność, choć dowierzam spostrzeżeniom Le. Nazaret. Tak. Domy Berbery. Kościół Michała na mokotowskiej skarpie. Wszystko bliziutko. Osiedle Las i Zbytki. Krzaki na Siekierkach. Ludzie od spadochronów. Dokładniuteńko. Trzeci blask Wisły. Podłużny. Stoi tam statek, roboczy. Niebo zgranatowiało. Pierwszy księżyc w oknie.

wieczór

Ale ciepło. Zajechałem znów na Marszałkowską. Kupiłem pięć róż powrotu dla Jadwigi. Była. Zabraliśmy magnetofon i pojechaliśmy na moją Trasę. Jadwiga oglądała krokami, rękami i nosem mieszkanie. W oknie zobaczyła księżyc.

– Bo chyba to księżyc tak wysoko.

– Tak, tak, a jak go widzisz?

– No, taka kula.

– No to księżyc. To jednak widzisz.

– I tam silne światło.

– Latarnie na Wale Miedzeszyńskim, dużo widzisz.

– Dużo, właśnie wieczorem, światła, ja powinna w nocy żyć.

Pojechaliśmy na jedenaste piętro. Przeszliśmy całą galerię widokową. Widoki ja opowiadałem. Okazało się, że widoków jest dwanaście.

Z przesiadkami dostaliśmy się na Żoliborz na nocne nagrywanie.

po świcie, 22 [czerwca]

Był zaraz po mnie Roman, żeby coś wykreślić. Z napisanego. Po pięciu minutach wyszedł.

Wyglądałem oknem.

Postanowiłem zejść na dół, sprawdzić pewną osobę, ale nie zdradzić się z klatką schodową. Miałem na myśli i to, żeby nie zawsze stąd winda w ciszy ruszała. Wspiąłem się na jedenaste piętro i galerią z widokami, zawsze w zaskakującej kolejności, doszedłem do pierwszej klatki schodowej. Usłyszałem kogoś dochodzącego którymiś schodami, tak jakby też na galerię.

Prędko skręciłem na schody. Wyjrzałem zza załomu: jeszcze nikogo, ale tak jakby już miał wejść, więc z powrotem się schowałem i szybciutko, ale nie za głośno dostałem się na dziesiąte piętro do windy. Więc ktoś tu nocuje? Czy mieszka? A nie tylko pogłos mylący? Albo ktoś chce przejść do innej windy, bo jego zepsuta. Nie wiem.

Jest niedziela. Rano. Ćwirki. Pogoda.

Może tu jest i więcej luzu niż w starym mieszkaniu. Wszędzie tu tylko ja. Jakoś podoba mi się tu teraz, kiedy wróciłem z łazienki. Od kąta, od głowy świeci żarówa. Od przeciwka po przekątnej, z kuchni wbiela się światło ściany i dnia. Kwiaty po cieniach. Wleciała mucha bzycząca. Popłakuje dziecko, czasem ktoś popuka. Urządzają się i urządzają. Wczoraj stał też meblowóz. Le. zajrzał

– Wszystko brzydkie.

Mężczyzna wywlókł z meblowozu doniczkę z ogoniastym kwiatem, drugi brzęczał pękiem butelek po piwie.

– Nawet i to przywieźli? Pewnie z rozpędu.

Przyzwyczaiłem się do nowego mieszkania? Nie wiem. Jeszcze mniej wiem, na ile odzwyczaiłem się od starego.

Książka ukaże się w ostatnim tygodniu lipca nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego jako tom 11 Utworów Zebranych Mirona Białoszewskiego.

Skróty i tytuł pochodzą od redakcji.

Podobne tematy:
Bieżące wydarzenia:
  •  
    2009-11-27 20:27  swietna lektura  ~ola
  • ( 11 )

    "Agora" - antychrześcijańska krucjata?
    Ostatni wpis: kapumaniak , 08:49 2010-03-16
    do: Igorek Nie wiem skad w Tobie człowieku tyle nienawisci. Do Koscioła katolickiego nikt nikogo na siłe nie ciagnie. A tworza go ludzie a nie ksieza, to jest wspólnota i od ludzi zal ...
  • ( 6 )

    Hołdys: Robię ze swoją mordą, co chcę
    Ostatni wpis: Pio , 15:10 2010-03-11
    Koleś jako muzyk skończył się naście a może i już dziesiąt lat temu. A jako człowiek też nie przedstawia żadnej szczególnej wartości. Nie wiem dlaczego jest na siłe pokazywane ...
  • ( 6 )

    Sandra Bullock to najgorsza aktorka
    Ostatni wpis: Mela , 15:14 2010-03-07
    Sandra jest swietna w tej roli, film znakomity... gorzej z wypowiedzią Garda: "fakt autentyczny"- no cóż, dostajesz ZŁOTĄ MALINĘ za błędy jęz ...
  • ( 4 )

    "Trzy siostrzyczki Trupki" w Teatrze na Woli
    Ostatni wpis: rapid , 22:36 2010-03-15
    Niestety w sztuce nie ma nic zaskakującego. Liniowy i uderzający brak fabuły. Dialogi, po pierszych 10 minutach przedstawienia przestają cokolwiek wnośić, oprócz kolejnych wulgaryzm&a ...
  • ( 3 )

    Rysunkowy hip-hop ze Snoop Doggiem
    Ostatni wpis: ~Axel , 15:57 2010-03-19
    PB wyprzedza współczesny rap całą epokę ...