Josef Škvorecký "Przypadki inżyniera ludzkich dusz"
"Przypadki inżyniera ludzkich dusz" mają ponad 800 stron, mimo to niektórzy czytelnicy twierdzą, że powieść jest za krótka...
Josef Szkvorecky: Jeżeli ktokolwiek po przeczytaniu tak grubej książki, jaką jest "Inżynier", jeszcze twierdził, że jest krótka, jest to największa pochwała, jaką może pisarz usłyszeć o swojej powieści. Pierwszą dużą prozę, czyli "Tchórzy", napisałem w wieku 23 lat. "Inżyniera" pisałem, kiedy wkraczałem w starość. Pochwały czytelników - wobec obu powieści - dały mi poczucie, że pomimo tego, że obie powieści dzieli kilkadziesiąt lat, to nie straciłem umiejętności uchwycenia intensywności przeżyć.
W "Inżynierze" znalazły się przeżycia od początków wojny przez lata powojenne po doświadczenia emigracyjne. Dlaczego pan chciał to wszystko zawrzeć w jednej powieści?
Pamiętam, jak wylatywałem z Pragi, dzień po pogrzebie Jana Palacha (studenta, który się spalił w proteście przeciw wejściu wojsk Układu Warszawskiego - red.) i wiedziałem na ulicach smutnych studentów. Tego samego dnia na Heathrow w Londynie obserwowałem roześmiane dziewczyny. To przeżycie mną wstrząsnęło. Celem powieści było pokazanie historii, która doprowadziła do tak wielkich kontrastów, jakich można doświadczyć w ciągu godziny lotu z Pragi do Londynu. Tego banalnego, a zarazem bardzo realnego doświadczenia, że świat się zmienił i zobojętniał.