"Nie ma takiego miasta"
Tomasz Konatkowski
Wyd. W.A.B. 2009
Ocena 4/6
Kiedy w okresie przedświątecznym jedzie się w kierunku Polski zatłoczoną niemiecką „dwójką”, autostradą w sensie dosłownym łączącą Wschód z Zachodem, w wielonarodowościowym gąszczu pojazdów można bez trudu dojrzeć samochody z kierownicą po tej nie całkiem właściwej stronie i żółto-czarną rejestracją. Na parkingach przy stacjach benzynowych nie wysiadają z nich jednak dystyngowani brytyjscy dżentelmeni, lecz obywatele w skórzanych kurteczkach, o urodzie raczej pszenno-buraczanej, niejednokrotnie z piastowskim wąsem zdobiącym okrągłą twarz. Polska wraca do domu. Ta autostrada zawsze wydawała mi się szczególnego rodzaju mostem.
Podobnym mostem jest nowa powieść Tomasza Konatkowskiego - kryminał udanie wygrywający wątek nowej polskiej emigracji. Jak literacko ugryźć ten emigracyjny fenomen? Podobne zjawiska społeczne zazwyczaj odnajdują się w prozie według pewnego schematu - najpierw mamy relacje autobiograficzne (dziś to głównie blogi), następnie dziennikarskie sensacje. Potem pojawiają się proste opowieści z morałem (że obczyzna to jednak nie ojczyzna, że bieda, zagubienie, cywilizacja śmierci - kłania się nieśmiertelny „Latarnik”). Kiedy temat jest już jako tako opracowany, mogą wkroczyć na scenę bardziej wyrafinowane gatunki literackie. Od dawna już czekałem na przyzwoitą powieść noir rozpracowującą polską diasporę na Wyspach. I nic. A potem dostałem… „Ślepy zaułek” Stuarta MacBride'a, jak by nie było - Szkota.