wtorek  9 lutego 2010 r.  Imieniny: Apolonii, Eryki, Nikifora
 
To view this object you need Flash
Poleć znajomemu
|
Umieść na Facebooku Dodaj do Blipa Dodaj do Twittera Wykop artykuł Dodaj dośledzika Wersja mobilna
|
Wydrukuj
|

Skomentuj

e-mail: 

O nowym trzypłytowym wydawnictwie Księcia Funku

Prince. Książę z promocji

Prince. Książę z promocji

Prince idealnie wpasował się w ducha kryzysowych oszczędności. W hipermarkecie jego nowe wydawnictwo - ''LotusFlow3r'', ''MPLsound'', ''Elixer'' - mogłoby być reklamowane hasłem: ''trzy w cenie jednej''. Niestety, jakość tego trójpaku również jest promocyjna - pisze w DZIENNIKU Marcin Staniszewski.

Prince "Lotusflow3r" / Ocena 4/6
Prince "MPLSound" / Ocena 3/6
Bria Valente "Elixer" / Ocena 2/6


Prince to jeden z najbardziej pracowitych muzyków w show-biznesie. Od trzech dekad niemal co roku wydaje nowy album, nie wspominając o idących w setki sesjach producenckich i komponowaniu dla innych. Paradoksalnie to może właśnie być jego największą słabością, bo nawet największy geniusz nie jest w stanie co roku nagrywać bardzo dobrych płyt, nie mówiąc o płytach przełomowych. Od blisko dekady Prince nie oferuje wiele ponad sentymentalne, lekko pudrowane podróże do czasów swojej największej świetności – czyli do połowy lat 80., kiedy to zawojował świat ze swoim zespołem The Revolution. Do wyjątków można zaliczyć jedynie „3121”, na którym artysta pokusił się o odważniejsze wycieczki brzmieniowe (futurystyczny singiel „Black Sweat”).

Z tym większym dystansem zabrałem się za odsłuch aż trzech albumów wydanych razem w internetowym pakiecie. Znany z podejrzliwości do wielkich koncernów (słynna wojna z Warner Music) Prince zdecydował się na pominięcie giganta internetowej dystrybucji Itunes i sam wydał trójpak, który można kupić za niecałe 12 dolarów za pośrednictwem internetowego sklepu Target.com.

Tak naprawdę możemy mówić o dwóch płytach Prince’a, bo trzecia i zarazem najsłabsza „Elixer” to dzieło jego protegowanej, niejakiej Brii Valente, w którym Prince pojawia się w charakterze chórków i dostarcza jęczące gitarowe riffy. „Elixer” to zupełnie przezroczyste emocjonalnie pościelowe r’n’b, które ugrzęzło gdzieś w połowie lat 90. Słychać tu echa TLC czy Janet Jackson, ale dziś to raczej wada niż zaleta. Sytuacji nie poprawia też głos Valente – tyle miękki i sprawny technicznie, co banalny. Takie dziewczynki Beyonce zjada każdego ranka na śniadanie.

Niewiele lepiej sprawy się mają z „MPLSound”. Tym razem Prince składa hołd swojemu rodzinnemu miastu i tzw. „brzmieniu Minneapolis” – czyli robi to, co zwykle – funkujące gitary, ultraseksowne wokale i niekończąca się impreza pobrzmiewająca w takich kawałkach jak: „Chocolate Box” (patrz wideo poniżej). Tyle że znamy to już co najmniej od czasów „1999”. Co gorsza człowiek, który niegdyś wyznaczał trendy muzyczne, teraz próbuje naśladować innych, w dodatku nieudolnie. Doprawdy trudno mi zrozumieć cokolwiek nieświeżą zabawę auto-tunerem i robocimi wokalami na modłę Akona czy ostatniej płyty Kanyego Westa. A już zupełnie niesmaczne są eksperymenty z transponowaniem wokali Prince’a do rejestrów wiewiórek z kreskówek Disneya w „Ol’School Company”. Seksowny falset Amerykanina, który od zawsze był jego znakiem rozpoznawczym nie do podrobienia, zmienia się tu w groteskowy efekt specjalny – nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.


Najciekawszym i jednocześnie najbardziej eksperymentalnym z punktu widzenia fanów piosenkowej twórczości małego księcia jest album „Lotusflow3r”, na którym Prince oddaje się bez reszty gitarowemu fantazjowaniu, chwilowo bliskiemu nawet estetyce free, tak jak w utworze „Back 2 The Lotus”, w którym ostre zagrywki w stylu hendriksowskim podparte sekcją rytmiczną rodem z jazzrockowych płyt Steviego Vaia powoli zmierzają ku amorficznej dźwiękowej magmie. I znowu – choć zachwyca gitarowa wirtuozeria mistrza od niechcenia rzucającego soczyste rockowe riffy i lekko psychodelicznie solówki, to zza węgła swój ohydny łeb wychyla hydra vocodera, którym został potraktowany głos w „Boom”. Na szczęście dalej jest lepiej – Prince lśni wokalnie w dramatycznym „Dreamer” z rozwrzeszczaną gitarą i zaskakuje w „The Morning After” – pogodną pioseneczką opartą na zabawkowym riffie organowym. Z drugiej strony na „Lotusflow3r” nie brak też wybitnie jazzrockowych nawiązań, które podobnie jak estetyka „Elixera” mogły wzbudzać emocje 20 lat temu.

Prince w wywiadach nieraz pysznił się, że ma w swoich archiwach tysiące gotowych utworów – może jednak najwyższy czas, żeby przestać z nich korzystać i nagrać coś, co będzie się różniło od brzmienia, które znamy aż za dobrze. Zdecydowanie wolałbym poczekać kilka lat na kolejny album Prince’a – i naprawdę wystarczy jeden – za to dobry.

Podobne tematy:
Bieżące wydarzenia:
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12