W jednym z utworów z waszej nowej płyty padają słowa „szum to oddech”. Oddychacie szumem na co dzień? Lubicie go? Czy to dźwiękowe odwzorowanie naszych czasów?
Robert „Piernik” Piernikowski: Ponoć w greckiej mitologii szum to oznaka życia – tak jak pierwszy oddech, który w gruncie rzeczy brzmi właśnie jak szum. Wierzymy w to. Traktujemy szum poważnie – jako pełnoprawny instrument jak gitarę czy klawisze. Jeśli chodzi o esencję naszych czasów, to coś w tym jest – szum bez wątpienia jest ich wyznacznikiem. Nawet teraz kiedy rozmawiamy, w tle ciągle słychać jakiś zgiełk. Oczywiście tworząc naszą nową płytę, nie rozmyślaliśmy o jej brzmieniu w jakimś filozoficznym aspekcie, ale jest w tym coś metafizycznego.
Jesteście jedną z niewielu formacji hiphopowych, która łamie schemat rapowania o osiedlowych dramacikach. Wasza muzyka jest wielowymiarowa i niełatwa dla przeciętnego słuchacza. Podobny surrealistyczny klimat serwuje coraz popularniejszy L.U.C. Coś się w końcu ruszyło w polskim hip-hopie?
– Czy coś się ruszyło? Nie sądzę. Ludzie dalej kupują płyty Molesty i WWO. A kiedy my gramy koncerty, zdarza się, że nie przychodzi nikt. Ten dziwniejszy hip-hop ciągle jest niszową sprawą. Prawda jest taka, że nasza muzyka obecnie kręci głównie nas samych i dziennikarzy muzycznych. Jest taka teoria, że nowe nurty w muzyce osiągają apogeum mniej więcej raz na dekadę, więc może za 10 lat coś naprawdę się zmieni.
No właśnie – w Polsce jesteście prawie nieznani, za to w Czechach i na Słowacji gracie w pełnych klubach. Jak to możliwe?
– To trochę kwestia przypadku. Zagraliśmy kiedyś koncert z czeskim zespołem, który później nas zaprosił do siebie i okazało się, że tamtejsza publika bardzo polubiła nasze brzmienie. W ogóle ludzie tam są o wiele bardziej otwarci. Przypomina to klimat, z jakim mieliśmy do czynienia w Polsce w połowie lat 90. Publika wali na koncert zupełnie nieznanej kapeli, bo jest ciekawa nowego. U nas ludzie są już zblazowani – jak nie gra gwiazda, to wołami nie wyciągniesz ich na koncert. Różnica w muzycznej mentalności jest naprawdę ogromna, co jest dość smutne. Na koncert Daleka przyszło w Warszawie jakieś 100 osób, w Brnie zaś było ich pięć razy tyle. To o czymś świadczy. Szczególnie że żyjemy przecież w o wiele większym kraju.
Płyta jest świetnie wyprodukowana – niełatwo utrzymać w ryzach tyle warstw szumów, pogłosów i ścian hałasu. Wam się to udało, mimo że nie pomagał wam żaden znany producent. Mieliście jakieś wzorce? Brzmienie „NP” kojarzyło mi się ze wspomnianym Dalek...
– Sami dłubaliśmy w domu i trwało to naprawdę długo. Używaliśmy komputera sprzężonego z klasycznym samplerem MPC, kilkoma syntezatorami oraz bębnami i gitarami. Przed pracą nad miksami słuchaliśmy takich artystów, jak Flying Lotus czy Four Tet, żeby wiedzieć na czym stoimy, jeśli chodzi o realizację. Ale pod koniec tak daleko poszliśmy w las, że podarowaliśmy sobie porównywanie naszej muzyki z czymkolwiek. Zresztą w pewnym momencie nie było już na to czasu – musieliśmy się zdać na intuicję, bo las okazał się ciemny i gęsty.
A propos wycieczek w las – co być powiedział na porównanie was do braci Grimm polskiego hip-hopu? Bo dla mnie ta płyta brzmie jak bardzo mroczna baśń. Są tam nawet bajkowe sample...
– Coś w tym jest... Lubimy opowieści, takie płyty układające się w jedną spójną całość, które wciągają tak, że nie można przerwać ich słuchania w środku. Pod tym względem bardzo cenię twórczość Madliba pod szyldem Quasimoto. Na „NP” chcieliśmy właśnie osiągnąć taki efekt spójnej opowieści. A co do tego bajkowego sampla, to wiąże się z nim ciekawa historia. Otóż znaleźliśmy na jakimś targowisku staroci płytę z lat 50., na której polscy aktorzy czytają pochwalne peany na cześć Lenina. Żeby było ciekawiej, brzmią one czasem właśnie jak bajka. Poza tym idee Lenina są nam bliskie w kontekście własności prywatnej. Wkurza nas, że wytwórnie płytowe żądają haraczy za wykorzystywanie sampli innych wykonawców. Inna sprawa, że nie sprawia nam frajdy korzystanie z czyichś dźwięków jeden do jednego. Sztuka tak przetworzyć sampla, żeby nikt go nie poznał w nowym kontekście brzmieniowym. Aha, i na liczniki z wodą kładziemy magnesy.
Jesteście kojarzeni z hip-hopem, ale chyba równie blisko wam do sceny gitarowej. W waszej muzyce słychać echa psychodelii gitarowej no i dwa lata temu tryumfowaliście w Jarocinie jako debiutanci...
– Ten Jarocin będzie się za nami ciągnął chyba już zawsze, choć nie było to dla nas szczgólne przeżycie i właściwie to znaleźliśmy się tam trochę przypadkiem. Ja nadal uważam, że ktoś się raczej pomylił z werdyktem i że to nie my mieliśmy być laureatami. Zresztą bycie laureatem nas wcale nie interesuje i uznajemy to raczej za obciach. Co do etykiety to myślę, że jesteśmy daleko od hip-hopu i psychodelii gitarowej w powszechnym rozumieniu tychże. Robimy muzykę współczesną, czyli taki hip-hop, który może być wszystkim w każdej chwili – bez posmaku głupawego miszmaszu.
Skoro mówimy o inspiracjach to w materiałach prasowych pojawiają się też nazwisko Houllebecqa. Rozumiem, że w warstwie lirycznej czerpiecie z jego nihilizmu? Bo „NP” nie jest raczej optymistyczną płytą...
– Houllebecq jak dla mnie nie wymyślił nic nowego w literaturze, ale jest za to genialnym obserwatorem i chyba w tym tkwi jego wielkość. On opisuje to co widzi, tyle że widzi więcej i trochę jaskrawiej niż inni. My chcemy opowiadać historie z podobnej perspektywy. A jeśli chodzi o katastrofizm – cóż, niestety nie jest dobrze a będzie jeszcze gorzej.