W materiałach zajawiającym twoją nową płytę, nazywasz ją swoim debiutem. To ciekawe, bo od grubo ponad dekady nagrywasz płyty.
Anita Lipnicka: Tak – „Hard Land of Wonder" to w moim odczuciu absolutny debiut. To pierwszy solowy album, jaki nagrałam po ośmiu latach wyłącznej współpracy z Johnem. To również pierwsze, od początku do końca moje, muzyczne przedsięwzięcie – płyta całkowicie autorska – napisana, zaśpiewana i wyprodukowana przeze mnie. No może z wyjątkiem jednego refrenu „podkradzionego” Johnowi (śmiech), na bazie którego powstała piosenka „Car Door". Poza tym po raz pierwszy odważyłem się zmierzyć z fortepianem i wszystkie partie zagrałam w studio samodzielnie.
A czym różniła się praca nad tą płytą od nagrywania z Johnem? Jak na jedną płytą sporo tu zmian. Nie bałaś się że te wszystkie nowe role cię przerosną?
Szczerze mówiąc byłam przerażona, ale życie trochę zmusiło mnie do konkretnych działań. Zaczęło się od zakupu elektronicznej klawiatury. Miałam nadzieję, że zetknięcie z tym instrumentem da mi świeżą perspektywę, poprowadził mnie w nowym kierunku – wcześniej komponowałam na gitarze akustycznej i trochę mnie to ograniczało, zwłaszcza że akordów znam niewiele (śmiech). Nigdy nie uczyłam się grać na fortepianie i ciągle tak naprawdę tego też nie potrafię. Pomyślałem jednak, że takie naiwne, pełne dziecięcego zachwytu podejście do instrumentu może okazać się odkrywcze, potem stopniowo dochodziłam do przekonania, że zamiast zatrudniać zawodowego pianistę, powinnam wszystko na płycie zagrać sama, żeby zachować tę swoistą naiwność wyrazu. Producentką też nie zostałam z dnia na dzień – najpierw chciałam tradycyjnie powierzyć pieczę nad płytą komuś doświadczonemu. Tym razem to miał być Nick Talbot – lider zespołu Gravenhurst i mój osobisty muzyczny bohater, którego twórczość bardzo cenię. Pojechałam na jego koncert do Londynu, po występie zapytałam czy nie chciałby zrobić ze mną płyty. Demo bardzo mu się spodobało i wkrótce rozpoczęliśmy nagrania. Jednak mimo wielkiego entuzjazmu, i super chemii między nami, ta współpraca okazała się porażką. Jego wizje moich utworów wydawały mi się nietrafione, w pewnym sensie zbyt „martwe”, pełne rzeczy w rodzaju syntezatorowych podkładów, mechanicznego basu, ścisłych form i figur instrumentalnych. A ja chciałam nagrać płytę która oddycha, organiczną, w oparciu o akustyczne brzmienia. Musiałam więc zawrócić i zacząć wszystko od nowa. Straciłam dużo czasu i sporo pieniędzy, nie mogłam sobie pozwolić na kolejny błąd, postanowiłam więc w końcu sama się wyprodukować. O dziwo, poszło mi w nowej roli całkiem gładko, przy okazji odkryłam w sobie nieznany wcześniej potencjał. Okazało się że moje pomysły są całkiem konkretne, że układają się w spójną i przejrzystą koncepcję. Odkryłam też, że potrafię sprawnie organizować i prowadzić pracę w studio, odpowiednio motywować muzyków, żeby zagrali dokładnie to, co słyszę w głowie. Paradoksalnie, od momentu gdy wzięłam całą odpowiedzialność na siebie, dostąpiłam przedziwnego uczucia wyzwolenia i ono mnie dalej poniosło.
A słyszałaś płytę „White Chalk” PJ Harvey? Ona też postanowiła na niej poeksperymentować z fortepianem.
Słyszałam i nie ukrywam, że ona też w jakiś sposób mnie zainspirowała. Byłam na jej koncercie w Warszawie z synem Johna, Aleksem, który jest perkusistą i on ze wzruszenia się popłakał. Ja byłam też pod wielkim wrażeniem jej występu. Pomyślałam wtedy – stoi przede mną kobieta, która nigdy wcześniej nie grała na fortepianie, a mimo to wchodzi odważnie na scenę i roztacza wokół siebie taką aurę, że ludzie drętwieją z wrażenia. Te jej piosenki nie są rewolucyjne, żadnych nowych drzwi nimi nie wyważyła, tak naprawdę poniekąd wszyscy jesteśmy dziś skazani na odtwarzanie w kółko tej samej śpiewki. Sztuka jednak w tym żeby zrobić to po swojemu i przekonaniem, żeby ludzie ci uwierzyli i poszli za tobą dokąd ich poprowadzisz. Nie ma znaczenia czy jesteś wirtuozem czy nie, liczą się emocje, nie umiejętności. Podczas koncertu PJ nie raz się myliła ale to nie miało znaczenia, bo potrafiła przekonać publiczność do swojej wizji. Pozazdrościłam jej tej odwagi, wróciłam do domu i zaczęłam śmielej stukać w czarno-białe klawisze.