Gdyby przez kilka sierpniowych dni padał deszcz, prezydentem USA byłby dziś być może John Kerry. Latem 2004 r. walczący z George’em Bushem o Biały Dom demokrata wyrwał się na wyspę Nantucket w Massachusetts, żeby popływać na desce surfingowej. Jakaż była konsternacja jego sztabu, gdy kilka tygodni później furorę zaczęły robić wypuszczone przez republikańskich rywali reklamówki z surfującym Kerrym i pobrzmiewającym w tle komentarzem: "Senator Kerry ciągle zmienia kierunek, w zależności od tego, z której strony powieje wiatr. Może to dobre na desce, ale nie podczas wojny w Iraku. Wybierz zdecydowanego przywódcę: prezydenta George’a W. Busha".
Z kolei Edmund Stoiber, ruszając z żoną na wakacje na wyspie Juist nad Morzem Północnym, już czuł się przyszłym kanclerzem Niemiec. Sondaże na miesiąc przed wyborami do Bundestagu jesienią 2002 r. dawały mu przecież bezpieczną przewagę nad niepopularnym Gerhardem Schroederem. We wschodniofryzyjskim kurorcie lider chadeków zapomniał o jednym - kapryśnej niemieckiej pogodzie. Po serii niezwykle ulewnych deszczów z brzegów wystąpiła Łaba. Rywal Stoibera Gerhard Schroeder zareagował natychmiast: w żółtych strażackich gumowcach i zabłoconych spodniach po gospodarsku wizytował zalane okolice w Niemczech Wschodnich. Gdy na miejscu zjawił się Stoiber było już za późno. Aż do dnia wyborów poparcie dla Schroedera już tylko rosło, a jego SPD rzutem na taśmę wyprzedziła CDU/CSU, grzebiąc kanclerskie ambicje Bawarczyka.
Co roku w pierwszych dniach kanikuły każdy zachodni polityk musi mieć się na baczności. Tego lata, w samym środku gospodarczej recesji, z wakacjami naprawdę nie ma żartów. Amerykański prezydent Barack Obama, który miał jechać do snobistycznego letniska na wyspie Martha’s Vineyard, do ostatniej chwili waha się, czy wypada się tam pokazać. Podobnie jest w Niemczech, gdzie rządzący chadecy zaproponowali, by w ogóle zrezygnować z parlamentarnych wakacji. Również zestresowany brytyjski premier Gordon Brown wypuści się, co najwyżej, do kurortu Southwold w południowo-wschodniej Anglii, bo stamtąd w razie potrzeby można być na Downing Street w ciągu niecałych dwóch godzin. Wszyscy wiedzą doskonale: urlop to dla polityka czas najeżony pułapkami. Media nie mają o czym pisać, więc nawet temat premierowskich kąpielówek może urosnąć do rozmiarów narodowego problemu, a ludzi interesuje przecież, kim są ich rządzący po godzinach.