Katarzyna Świerczyńska: Jest pani matką cudzego dziecka?
Beata Grzybowska: Nie jestem matką cudzego dziecka, to mój syn, to ja przez dziewięć miesięcy nosiłam go pod swoim sercem.
Ale genetycznie ten chłopiec nie ma z panią nic wspólnego.
Jakie to ma znaczenie?
Dlaczego zdecydowała się pani zostać matką zastępczą?
Ponad rok temu usłyszałam w telewizji o agencji Elizabeth z Piaseczna, która kojarzy matki zastępcze z ludźmi, którzy nie mogą mieć dzieci. Byłam w tragicznej sytuacji materialnej. Sama wychowuję dwie córki - dziewięcioletnią i pięcioletnią. Miałam ogromne długi, a z wykształceniem podstawowym trudno mi znaleźć jakąś pracę. Utrzymuję się z alimentów i zasiłków z opieki społecznej. W sumie wychodzi nie więcej niż 700 zł na miesiąc. Pomyślałam więc: czemu nie? Pomogę i komuś, i sobie. 30 tys. złotych, jakie miałam za to otrzymać, to była dla mnie ogromna suma. A właścicielka agencji przekonywała, że surogatka nie może pokochać dziecka, które nosi w sobie, że to tylko taka usługa. Dawała rady, żeby nie głaskać brzucha, nie rozmawiać z dzieckiem, wręcz myśleć o nim źle. Na początku oczywiście stosowałam się do tych rad. Mówiłam nawet do malucha, który rozwijał się w moim brzuchu: ty niedobry dzieciaku. A sobie próbowałam wmawiać: przecież ty nienawidzisz dzieci. Instynkt macierzyński okazał się jednak silniejszy. Im bliżej porodu, tym bardziej pogrążałam się w rozpaczy. Nie chciałam oddać synka.
Jak wyglądało zawarcie umowy?
Podpisałam ją w biurze Elizabeth i od razu dostałam 500 zł zaliczki. Miałam nigdy nie poznać zleceniodawców, a wszystkie kontakty i formalności wzięła na siebie właścicielka agencji. Jednak para, której zależało na dziecku, szybko zrezygnowała z usług pośrednika, dostała od niego wszystkie moje dane, łącznie z adresem i telefonem. Kontaktowaliśmy się telefonicznie, nigdy osobiście. Najpierw przysyłali mi pocztą tabletki stymulujące, które musiałam brać przed zabiegiem umieszczenia zarodka w moim brzuchu. Byłam też w kontakcie z lekarzem z jednej z poznańskich klinik. We wrześniu ubiegłego roku, w wyznaczonym terminie stawiłam się na zabieg w Poznaniu. Wyglądało to tak, jak zwykłe badanie ginekologiczne. Tyle że lekarz miał strzykawkę z transferem, czyli zarodkiem. Z tego co wiem, nasienie należało do zleceniodawcy, a komórka jajowa została kupiona od obcej osoby. Nie miałam żadnych badań, skierowania, nic też nie dostałam przy wyjściu. Podejrzewam, że w kartotekach kliniki nie ma nawet śladu po mojej wizycie.
Ja nie widzę powodu dla którego takie coś miałoby być nielegalne. Bo jest sprzeczne z naturą? Palenie papierosów też jest - szkodzisz sobie, mając tego pełną świadomość. To w brew instynktowi. Takie rozwiązanie nikomu nie szkodzi a może pomóc wielu ludziom. A co ma do tego handel ludźmi? O jaki handel chodzi? Brzucha czy dziecka, bo nie rozumiem? Bo to nie etyczne/moralne/humanitarne (niepotrzebne skreślić)? To chyba ich decyzja, która nie może w żadnym razie skrzywdzić nas ani dziecka a te kobiety są dorosłe więc wiedzą co robią z własnym ciałem. Wystarczy to prawnie uregulować, badać psychicznie kobiety które chcą się tego podjąć i zalegalizować całą transakcję z prawdziwą umową. Przecież ktoś kto się na to decyduje, wie co robi prawda? To nie było pierwsze dziecko tej pani, a ona nie ma 15 lat więc niech przestanie się tak zachowywać. Właśnie tacy ludzie ciągną ten kraj na dno. A mówienie że matką jest kobieta która urodziła, oparte na łacińskim powiedzonku które mogłoby obowiązywać może kilkaset lat temu jest niepoważne. Jakby co to mamy 21 wiek i medycyna jest w stanie pomóc tym ludziom a są kobiety które się na to godzą więc nie widzę problemu. Bezpłodność jest nieuleczalna więc nie wiem co jeszcze można z tym zrobić. Wolałabym aby politycy przestali patrzeć na to co jest bezpieczne i dobre dla ich wizerunku a zaczęli poważnie myśleć o tym aby ludziom żyło się lepiej. Normalniej. Tak jak się żyje na zachodzie, bo nauka jest w stanie nam to zapewnić. Na prawdę nie wiem czym to komu przeszkadza, że kobieta urodzi komuś dziecko...