niedziela  21 marca 2010 r.  Imieniny: Benedykta, Lubomira, Lubomiry
 
To view this object you need Flash
Poleć znajomemu
|
Umieść na Facebooku Dodaj do Blipa Dodaj do Twittera Wykop artykuł Dodaj dośledzika Wersja mobilna
|
Wydrukuj
|
e-mail: 

Komentatorzy dla "Faktu"

Publicyści: Nadszedł czas wyborów

Skończcie z tą farsą, nadszedł czas wyborów - tak na łamach "Faktu" znani publicyści komentują środowy paraliż Sejmu i zamieszanie wokół wniosków o samorozwiazanie Sejmu.

Za co Polacy płacą posłom?
Grzegorz Jankowski, redaktor naczelny "Faktu"

Walka polityczna jest solą demokracji. Dlaczego jednak ma odbywać się kosztem spraw kluczowych dla Polski? A one - w ferworze kryzysu politycznego i perspektywy nowych wyborów - dawno już zeszły na drugi plan. Gdzie ustawy dotyczące polityki prorodzinnej, Euro 2012, tzw. pakietu Kluski, dotyczące wejścia Polski do tzw. strefy Schengen znoszące kontrolę paszportową na granicach z krajami UE?

Po to wybraliśmy posłów na Sejm, po to im płacimy ciężkie pieniądze, żeby w pierwszej kolejności dbali o nasze interesy. Gdy zadbają, mogą okładać się ciosami i do woli debatować o akcji CBA czy o tym, kto jest politycznym szkodnikiem. Ale nie mogą swojego funkcjonowania w sferze publicznej sprowadzać tylko do tego. Chociaż, jak widać, mogą. Mogą tak długo, jak długo będziemy im na to pozwalać.

Tak dzieje się w cywilizowanych krajach - politycy ostro ze sobą walczą, ale nigdy nie dzieje się to kosztem najważniejszych interesów obywateli. Niestety, polskiej demokracji do tego jeszcze daleko. Małe są nadzieje na to, że ten Sejm cokolwiek sensownego z siebie wyda. Dlatego lepiej, by jak najszybciej odbyły się przedterminowe wybory.


Polskim politykom brakuje męstwa
Michał Karnowski, publicysta DZIENNIKA

Perspektywa sejmowych kuluarów i korytarzy niewiele różniła się wczoraj od oglądu z zewnątrz: bałagan, chaos, sprzeczne intencje. PiS chce wyborów, ale na swoich warunkach, bez komisji śledczej. Platforma nawołuje, by kończyć jak najszybciej, a równocześnie głosuje za wnioskiem Giertycha, żeby ogłosić kolejną przerwę. SLD woła o zmianę, ale najpierw chce komisjami pomęczyć Kaczyńskich i Ziobrę. Samoobrona i Liga Polskich Rodzin grają pierwsze skrzypce w obronie tego Sejmu, choć są główną przyczyną jego załamania.

Z tych różnych wektorów nie wyłania się żaden wspólny kierunek. Nie ma większości rządowej, ale opozycja też nie jest jednorodna. Wszystko razem wygląda coraz gorzej, jest coraz dalsze od spraw ważnych dla Polaków. Nie ma wątpliwości, że winę za to ponosi niedawna większość rządząca, a w szczególności te jego części - Giertych i Lepper - które nie potrafiły wytrwać miesiąca bez awantury, nie umiały powściągnąć apetytów. Dziś płaczą, że to niesprawiedliwe, że w następnym parlamencie mogą się już nie znaleźć.

Ale za wczorajsze wydarzenia część odpowiedzialności spada także na partie opozycyjne. Szkoda, że nie udało się dotrzymać porozumienia Tusk-Kaczyński. Sejm miał przecież przejąć najważniejsze, najpilniejsze ustawy, a potem się samorozwiązać. PO dała jednak szansę Giertychowi. To o kilka godzin przedłużyło żywot tego Sejmu. Ale jeszcze bardziej pokrętna jest linia SLD. Rozumiem pragnienie powołania komisji śledczej, też jestem jej zwolennikiem. Czy jednak ceną może być wciąganie Polski na mieliznę niemocy? Ludzie Aleksandra Kwaśniewskiego poważnie rozważają odmowę poparcia dla samorozwiązania Sejmu - a bez nich nie da się tego zrobić.

Co w tej sytuacji można więc zrobić? Najlepszym rozwiązaniem wydaje się szybki koniec tego parlamentu - jeszcze na tym posiedzeniu. Pilnych ustaw i tak chyba nie da się już uchwalić, a Giertych i Lepper niejedno wymyślą. Nie ma więc na co czekać. Marszałek Dorn powinien poddać pod głosowanie wniosek o skrócenie kadencji. O tym rozwiązaniu coraz głośniej mówi się w kuluarach. Pewnie zostałby przegłosowany. A jak nie, to przynajmniej okaże się, kto naprawdę boi się wyborczej weryfikacji. I to jest właściwie jedyna różnice w oglądzie sytuacji widzianej z Wiejskiej i z zewnątrz. Tu widać wyraźnie, jak wielu - niekoniecznie z partii rządzącej - boi się wyborów. Ile osób z dzisiejszej opozycji zastanawia się, czy poradzą sobie z władzą, czy może jednak jeszcze poczekać. Słychać też pisowskie głosy: a może jednak uda się zmontować jakąś większość? Posłowie mają prawo do tych motywacji, ale niech nie oszukują Polaków. Skoro już krzyknęli „do boju” - to niech do niego ruszają.

 



Każdy zrobiłby tak jak Dorn
Łukasz Warzecha, komentator "Faktu"

Tego, co wczoraj zdarzyło się w Sejmie, można było się spodziewać. Było przecież jasne, że mając moc decydowania o porządku obrad, marszałek Dorn nie umieści w nim ani głosowania nad komisją śledczą, ani punktu o własnym odwołaniu. Skoro regulamin Sejmu daje mu takie prerogatywy, to naiwnością byłoby oczekiwać, że z nich nie skorzysta. Podobnie jak naiwnością jest mieć takie oczekiwania wobec innych marszałków z innych partii w przyszłości. Opowiadanie, że marszałek powinien działać „obiektywnie” i nie mieć na względzie własnej partii, ale wolę większości, jest teoretycznie słuszne, ale w praktyce nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Dlatego z wczorajszego zamieszania powinno wynikać przede wszystkim pytanie o rolę marszałka w Sejmie. Dziś jego kompetencje - zwłaszcza gdy chodzi właśnie o możliwość samodzielnego ustalania porządku obrad - są zbyt szerokie i zbyt autorytarne. Od dawna wątpliwości budzi także możliwość trzymania przez całe miesiące w szufladzie projektów ustaw.

Partie polityczne nie są jednak organizacjami dobroczynnymi: jeśli dostają do ręki instrument w postaci marszałka o takich możliwościach, to będą go używać, zwłaszcza w warunkach bardzo brutalnego sporu. Jeśli posłowie chcą tę sytuację zmienić, to muszą zmienić uprawnienia marszałka.
I powinni to zrobić. Marszałek nie może być tyranem (w historycznym znaczeniu), który z wyżyn własnej arogancji rozstawia wszystkie siły polityczne po kątach, a gdy na jego biurku ląduje wniosek o jego własne odwołanie, staje się de facto sędzią we własnej sprawie. Większość swoich jednoosobowych uprawnień powinien marszałek stracić na rzecz prezydium Sejmu.

Oczywiście teraz żadnej dyskusji o roli marszałka nie będzie, bo problem strategiczny zniknie wśród problemów taktycznych, dotyczących najbliższych tygodni. A w nowym Sejmie marszałka będzie mieć już być może inna partia, która dziś jego uprawnienia chętnie krytykuje, ale potem dojdzie do wniosku, że wcale takie złe one znowu nie są. I wszystko zostanie po staremu.

 



Marszałek Dorn kąsa
Janusz Rolicki, publicysta "Faktu"

 

Kryzys parlamentarny jest rezultatem arogancji obecnego marszałka Sejmu. Jego drwiny z Wysokiej Izby zakończone stwierdzeniem, że on jako marszałek chce być przede wszystkim likwidatorem Sejmu sprawiły, że między nim a posłami rozpoczęła się wojna. Przypomnę, że poprzedziła ją odmowa wprowadzenia pod obrady zarówno wniosku o odwołanie pana Dorna, jak i powołanie komisji śledczych do zbadania spraw Leppera i Blidy.

Wielokrotnie zwracaliśmy uwagę, że uprawnienia marszałka określone w regulaminie prac Sejmu są stanowczo za duże. Dziś marszałek, wstawiając jedne sprawy pod obrady Izby, a inne chowając pod suknem, jest prawdziwym dyktatorem, który może Izbę trzymać dosłownie za twarz. Co właśnie obecnie czyni pan Dorn. Dodatkowo nie zważa on na zwyczajne kazusy prawne. Dotychczas żaden z marszałków w wolnej Polsce nie odważył się odmówić głosowania na swym odwołaniem, kiedy taki wniosek się pojawił. A przypomnijmy, że nieomal w każdej kadencji było takich odwołań kilka. Tym razem Dorn mówi nie, bo nie. To – każdy przyzna – bezczelne w sytuacji, gdy marszałka popiera zaledwie plus minus 160 posłów, a 300 jest przeciw. Taka sytuacja prowadzi do smutnego wniosku: w Sejmie demokracja jest zagrożona.

Podobnie jest ze sprawą powołania obu komisji śledczych. Wiadomo, że w sprawach Leppera i Blidy ewidentnie prawo zostało złamane. Na przykład w aferze lepperowskiej tworzono fałszywe dokumenty, za które zawieszono dyrektora departamentu w urzędzie marszałkowskim w Olsztynie. Wyjaśnienie tych spraw jest niezbędne, jeśli chcemy żyć w państwie prawa.

Pochodną arogancji marszałka jest, niestety, akcja obstrukcyjna posłów całej opozycji. Odbywa się to trochę na zasadzie, że na złość wszystkim posłowie odmrożą sobie uszy. W rezultacie Wysoka Izba całymi godzinami nie chciała się zająć szeregiem istotnych dla ogółu obywateli ustaw. Chodzi między innymi o porozumienie z Schengen, reformę budżetową, emerytury nauczycielskie i płace dla służby zdrowia. Na swój sposób taka reakcja posłów przypomina leczenie grypy cholerą.
Wydarzenia sejmowe, jakkolwiek by patrzeć, dowodzą, że wybory są absolutnie niezbędne. Czy do nich dojdzie? Praktyka dowodzi, że gdy wszyscy mówią to samo, to nie zawsze oznacza zgodę. W tej sytuacji wszyscy powinniśmy sobie życzyć, oby nowy parlament był lepszy. Tak będzie, o ile nie potwierdzi się trudna do pojęcia zasada, że gorszy pieniądz zwykle wypiera lepszy.

 



To przedwyborczy rytuał
Piotr Zaremba, publicysta DZIENNIKA

PiS i PO zaciągnęły wobec wyborców zobowiązanie, że jesienią odbędą się przedterminowe wybory. Obie mają w tym wyraźny i oczywisty interes.
Platforma prawdopodobnie może w tej chwili liczyć na najlepszy wynik wyborczy. Za kilka miesięcy mogłaby zacząć tracić na rzecz lewicy. PiS zaś w wybory ucieka przed komisjami śledczymi, ciągłymi oskarżeniami i widmem jeszcze większej porażki.

 

Kłopot w tym, że PO musi jednocześnie dogadać się z rządzącą partią w sprawie  skrócenia kadencji Sejmu i zachowywać tak jak przystało na twardą opozycję. Na przykład domagać się powołania komisji śledczej czy odwołania marszałka Dorna. Są to sprzeczne ze sobą cele i stąd ten dzisiejszy zamęt w Sejmie. Ten zamęt jeszcze trochę potrwa, ale myślę, że ostatecznie dojdzie do samorozwiązania Sejmu.
Dzisiejsze awantury na Wiejskiej pokazują, że politycy coraz bardziej oddalają się od realnego świata. Ich działania nie mają nic wspólnego z tym, czym żyją Polacy. Stają się coraz bardziej niezrozumiałe i bulwersujące dla społeczeństwa. Ale pamiętajmy, że to tylko dekoracja. Pewien rytuał oznaczający schyłkowy okres działania tego Sejmu.

Przedwczesnych wyborów nie chcą Samoobrona i LPR. Dlatego tym formacjom sprzyja przedłużanie antypisowskiego spektaklu. Jeśli SLD także nie zgodziłoby się na wcześniejsze wybory, to sytuacja mogłaby się jeszcze bardziej skomplikować, niż dzieje się to dzisiaj. Rząd podałby się do dysmisji i Platforma Obywatelska stanęłaby w obliczu presji, by poprzeć nowy rząd większościowy, komisje w sprawie śledztwa CBA i śmierci Barbary Blidy. W przeciwnym wypadku SLD mogłoby oskarżać PO, że niczym nie różni się od PiS. Jednak myślę, że ostatecznie Sojusz poprze wniosek o samorozwiązanie Sejmu.

Bieżące wydarzenia:
Najczęściej komentowane