Przez pierwsze miesiące kancelaria premiera była względnie zwartym i szczelnym dla publiczności teamem. Dziś kipi intrygami. I poraża bezradnością ludzi, którzy mają chronić i obsługiwać premiera.
Gazety zaroiły się od demaskatorskich tekstów, których autorzy bez trudu dokumentowali wpadki ministrów i doradców skupionych wokół Donalda Tuska. Opisem sytuacji rozgrywających się w ciszy klimatyzowanych gabinetów. Nawet słabo zorientowany czytelnik wie, że nie powstałyby one bez pomocy niektórych bohaterów zdarzeń nadających mediom na kolegów.
W zakulisowym reportażyku w "Gazecie Wyborczej" szef kancelarii Tomasz Arabski, szef gabinetu Sławomir Nowak, w mniejszym stopniu także minister Rafał Grupiński, skądinąd pochłonięci rywalizacją o miejsce przy uchu premiera, zostali przedstawieni jako nieudacznicy ponoszący porażkę za porażką.
Trudno takie insiderskie relacje weryfikować, choć niektóre fakty - na przykład wizerunkowa klęska związana z wyprawą do Peru - były oczywiste. Na ich tle w tekście błyszczał niezawodny, energiczny, ale przecież niemogący ślęczeć przy Tusku 24 godziny na dobę wicepremier Grzegorz Schetyna.
Zapewne dziennikarze rozmawiali ze wszystkimi postaciami, ale wersja Schetyny (lub jego współpracowników) okazała się najbardziej przekonująca.
Na odpowiedź nie musieliśmy zresztą czekać długo. Wkrótce ukazał się inny tekst pokazujący Schetynę jako potencjalnego sukcesora Tuska.
Każdy, kto zna politykę, wie, że takie "newsy" robią bohaterowi kłopot. Który z antagonistów Schetyny to wypuścił? Nie wiadomo. Wiadomo, że pod purpurowymi dywanami kancelarii toczy się bezpardonowy, mocno przy tym chaotyczny bój.
Można go widzieć wyłącznie w kategoriach dworskiej rozgrywki. Ale możliwe, że Schetyna, który pokazał, że rozumie naturę sprawowania władzy, próbuje przejść do następnego etapu. Etapu porządkowania rządowego ośrodka skrzykniętego na początku jako grupa spędzających ze sobą czas kolegów. Gdyby tak było, to Arabski, Nowak, może i Grupiński musieliby wkrótce stoczyć walkę o polityczne życie.
Nieważne, czy rzeczywiście odpowiadali za bałagan w kancelarii, czy tylko uczyniono ich kozłami ofiarnymi. Ich marginalizacja, może dymisja, mogłaby rozpocząć nowe czasy.
Ten scenariusz jest logiczny. Miękkiego, urokliwego i zmiennego Tuska do wzięcia za twarz własnego otoczenia mógłby zmusić tylko ktoś taki jak Grzegorz Schetyna. W tym przypadku jego brutalność nie służyłaby tylko wzmacnianiu osobistych wpływów. Także uracjonalnieniu tego, co dziś nieracjonalne. Co prowizoryczne, pogrążone w bałaganie.
I zarazem w tym scenariuszu jest kilka słabych punktów. Schetyna jest pewnie energiczniejszy, może i dalej widzący od innych współpracowników Tuska. Ale nie ma własnej drużyny, nigdy jej nie miał. W MSWiA oparł się na wynajętych fachowcach napędzanych urzędniczą rutyną.
A w kancelarii premiera tacy fachowcy nie wystarczą. Potrzeba kogoś, kto łączyłby kompetencję z szerszą wizją i do kogo można by mieć stuprocentowe zaufanie. Czy po usunięciu Arabskiego, Nowaka, może i innych ministrów Schetyna przyprowadziłby kogoś takiego? Można wątpić.
Jest i inny kłopot. Rekonstrukcja rządowego ośrodka oznaczałaby wzmocnienie wpływów i tak nad wyraz wpływowego Schetyny. Do tej pory zaś Tusk, jak każdy rasowy lider, wolał zachowywać wokół siebie personalną równowagę. Taka była logika słynnego Tuskowego “dworu”. Gdyby Schetyna ustawił mu kancelarię, stałby się może zbyt potężny. A w każdym razie liderowi mogłoby się tak wydawać.
Już dziś słychać, że w zgrany team wkradły się pierwsze nie konflikty nawet, ale niepokoje. Na razie obfituje to jedynie anegdotami. Oto żona Tuska miała wypominać Schetynie w obecności męża, że ten podczas peruwiańskiej podróży premiera niedostatecznie bronił jego polityki i jego prestiżu. Nic z tego nie wynika, ale doradcy Tuska już przepowiadają, że nieufność pierwszego do drugiego może się zwiększyć.
Są zapewne tacy, którzy chętnie w tym dopomogą. A co, jeśli obecny lider PO nie wygra prezydentury i nie będzie mógł przekazać pałeczki swojemu następcy? Czy pogodzi się ze stugębną plotką przedstawiającą go jako marionetkę w rękach przyjaciela? A czy nie zacznie zwalać na tegoż przyjaciela sondażowych niepowodzeń PO? Wszak Schetyna odbierany jest dziś jako polityk skuteczny, ale znany z kontrowersyjnych metod. A mała popularność bardzo go osłabia.
To oczywiście śpiew przyszłości, ale niekoniecznie odległej. Ten potencjalny dysonans stwarza szansę tym, którzy dziś bronią swojej pozycji. Politykom, którzy chcieliby, aby było jak dawniej.
Ale jest coś jeszcze. W artykułach opisujących kłopoty kancelarii premiera wciąż najwięcej mówi się o porażkach w dziedzinie PR. Przewagi Schetyny nad innymi mają wedle moich informacji polegać głównie na tym, że gdy premier waha się, czy iść, czy nie iść do programu Tomasza Lisa, on twardo mówi mu: idź, podczas gdy inni zmieniają zdanie wraz z szefem.
Ale przecież cały ośrodek wokół premiera czeka przede wszystkim wielki egzamin z rządzenia. Michel Platini to pierwszy przykład z brzegu, naprawdę przestrzega Polskę, że UEFA może nam odebrać Euro 2012.
Rozłażącej się na boki drużynie Tuska przydałyby się realne cele, wielka wizja. O tę zaś trudno. Nawet Grzegorz Schetyna musi jej dopiero szukać. Czy wystarczy mu czasu?
Szanowny Panie Redaktorze, przez jak bardzo kolorowe okulary spogląda Pan na oblicze obecnego premiera, że dostrzegł Pan w nim człowieka: "Miękkieg, urokliwego i zmiennego"? Czyżby tak Pan postrzegał te silne, mocno zaciśnięte szczęki (czasem istotnie "zmiękczone" nieszczerym półuśmiechem) i ostre spojrzenie człowieka, nastawionego na wieczne poszukiwanie wokół siebie wrogów? Czyżby to były rzeczywiste przejawy owej - podług Pana - "miękkości, urokliwości i zmienności"? A skutki jego dotychczasowych działań jako partyjnego lidera? Skutecznie wszak spacyfikował potencjalnych konkurentów do prezydenckiego fotela: "topiąc" Marcinkiewicza w szytej grubymi nićmi aferze przeciw Prezydentowi RP, dalej - Sikorskiego i Gowina (tych epigonów pokolenia, dla którego pojęcie "honor" nie było jedynie środkiem osiągnięcia politycznego celu) przez "wcielenie" ich w szeregi PO, a wcześniej - umiejętnie rugując z polityki takiego jej tuza jak Jan Rokita. Nie podzielam też Pana obaw co do przyszłości G.Schetyny. On nigdy nie zagra roli innej niż polityczne alter ego swojego szefa. I nie tyle to wynika z braku własnego zaplecza politycznego, ile z braku umiejętności wiarygodnego przeistaczania się w dr Jekylla. Ta rola przypadać ma wyłącznie owemu "miekkiemu, urokliwemu i niezdecydowanemu". Schetynie w tym duecie przypadać ma "przed światem" wyłącznie rola Mr. Hyde'a. Jak widać na powyższym przykładzie - los nie zamierza oszczędzać nas Polaków za zmarnowane po raz kolejny szanse. Daliśmy sobie wmówić niebiezpieczeństwo biologicznej jedni - przy dwóch tęgich głowach politycznych (choć od dawna ludowe porzekadło powiada, że co dwie głowy, to nie jedna, także w polityce). Nie chcemy natomiast dostrzec niebezpieczeństwa biologicznego dualizmu przy politycznej jedni głowy - o dwóch, w gruncie rzeczy mrocznych, obliczach. I niech się Pan nie martwi o przyszłe wizje tej głowy. One od dawna są już określone - tak w skali makro, jak i mikro. A każdy nowy dzień potwierdza, że dla osiągnięcia owych wizji każde środki zostaną uświęcone przez jej cel. Wszak "zwycięzcy" nikt nie osądza - przynajmniej dopóty, dopóki fortuna mu sprzyja. I jeśli nawet wyląduje z czasem na śmietniku historii, to poniesionych przez społeczeństwo kosztów nie będzie juz komu wyrównać.