Z granicy francuskiej do centrum miasta można dojechać tramwajem. Cała podróż zajmuje kwadrans. Na pętli genewskich linii 12, 16 i 17 w Moillesulaz zaczyna się Szwajcaria. Genewczycy chętnie jeżdżą stąd do francuskiego miasteczka Annmasse po zakupy spożywcze. W drodze powrotnej nikt nie zagląda im do dokumentów, a celnicy zerkają najwyżej do koszyków, aby policzyć butelki wina.
Mam w Genewie swoje miejsca ulubione, których fotogeniczność odkrywam ciągle na nowo. Lubię na przykład posiedzieć – oczywiście przy słonecznej pogodzie – na piętrowej ławce przy promenadzie Crets i sycić się widokiem Mont Blanc, „wznoszącego się po królewsku ze swą tiarą z lodu i płaszczem śnieżnym” (Wiktor Hugo). Szczyt jest odległy o 60 kilometrów, ale wydaje się znacznie bliższy.
Chętnie krążę po Starym Mieście. Zaglądam do surowych wnętrz audytorium, w którym nauczał Kalwin, z radością wchodzę do katedry św. Piotra, aby posłuchać koncertu katedralnego chóru. Z północnej wieży kościoła roztacza się niepowtarzalny widok na miasto, Jezioro Genewskie (zwane tu chętniej Lemanem) i Alpy.
Na dziedzińcu uniwersytetu czasami udaje mi się wygrać w szachy (potężne gabaryty figur rozwijają mięśnie). Zanim wrócę na Stare Miasto, przechodzę obok stumetrowej długości pomnika, zwanego Ścianą Reformatorów. Spoglądają na mnie badawczo czołowe postaci genewskiej reformacji: Kalwin, Farel, Beza i Knox.