poniedziałek  22 marca 2010 r.  Imieniny: Bogusława, Katarzyny
 
Poleć znajomemu
|
Umieść na Facebooku Dodaj do Blipa Dodaj do Twittera Wykop artykuł Dodaj dośledzika Wersja mobilna
|
Wydrukuj
|

Skomentuj

e-mail: 

Wyprawa karawaną w góry Atlasu

Poszukiwacze przygód wybierają Marrakesz

Powoli wychodzimy z samolotu. Żar leje się z nieba, a promienie słońca, odbite od czerwonych murów lotniska, oślepiają przybyszów. Właśnie wylądowaliśmy w Marrakeszu, mekce poszukiwaczy przygód.

Marrakesz... ta nazwa w sercu każdego obieżyświata budzi nieokreśloną tęsknotę. Przywołuje na myśl sylwetki strzelistych minaretów i zawodzenie muezzinów. To klejnot Maghrebu, przedsionek Sahary, do którego przez piaski pustyni od wieków zdążały karawany niosące bogactwa czarnej Afryki. Marrakesz to także jeden z mitów kultury XX wieku. To tutaj, pośród krętych uliczek przepełnionych zapachem przypraw zmieszanych z kifem (marokańską marihuaną), dzieci kwiaty próbowały odnaleźć wolność i uciec od zgiełku zachodniej cywilizacji.

Osaczeni

W napchanym do granic możliwości autobusie jedziemy na Dżama El Fna, główny plac marrakeskiej mediny, czyli arabskiego starego miasta. Z niecierpliwością oczekujemy, aby ujrzeć to niezwykłe miejsce. Jednak ku naszemu zaskoczeniu okazuje się, że zamiast do tajemniczego serca Marrakeszu trafiliśmy raczej na polowanie. Przy czym zwierzyną jesteśmy my. Myśliwymi są tutaj zaklinacze węży, kupcy i inni naciągacze, którzy za wszelką cenę próbują wydostać od nas choćby jednego dirhama (marokańska waluta). W swej walce z nimi nie jesteśmy jednak osamotnieni, gdyż wokół nas kłębią się dziesiątki turystów z tzw. wycieczek all inclusive. Na nasze szczęście są tak łatwym kąskiem dla osaczających ich sprzedawców, że my niepostrzeżenie uciekamy do najbliższego hoteliku.

Szybki prysznic i... ostrożnie wracamy na plac boju. Tym razem zagłębiamy się w zaułki suku (arabskiego targu) i już po chwili otacza nas rewia przepięknych kolorów i zapachów. Tu także musimy odpierać tłum napastliwych Marokańczyków usiłujących sprzedać nam dywany, buty oraz inne rzeczy generalnie nikomu do niczego nie potrzebne. Szybko uczymy się najważniejszego dla nas arabskiego zwrotu „la, szukran” oznaczającego „nie, dziękuję”.

Niestety, pomimo zastosowania nowej broni i tak padamy wkrótce ofiarą fałszywego przewodnika, który za wskazanie drogi do medresy (szkoła koraniczna) żąda od nas astronomicznej jak na lokalne warunki kwoty. Kiedy odmawiamy, pozornie spokojny oraz uprzejmy Arab nagle wpada w furię i zaczyna obrzucać nas obelgami... jak sądzimy. Wokół nas gęstnieje tłum, a my dochodzimy do wniosku, że medresa nie jest aż tak ciekawym obiektem, by warto było tracić dla niej zęby.

Ocean krwi

Naszym oczom ukazuje się ogromny pusty plac i otaczające go ruiny czerwonych murów pokryte przez dziesiątki, setki bocianów! Tyle pozostało po wspaniałym pałacu el-Badi, który w czasach swej świetności uchodził za najwspanialszą królewską rezydencję nie tylko Afryki Północnej, ale i całego basenu Morza Śródziemnego. Gdy ród Saadytów upadł, nowy władca z dynastii Alawitów rozkazał zniszczyć dzieło poprzednika. Po wszechmocnych Saadytach pozostały jedynie grobowce, których nie ośmielił się złupić znany z okrucieństwa sułtan Mulaj Ismail. Nawet on wiedział, że z kim jak z kim, ale ze zmarłymi to lepiej nie zadzierać.

Przez stulecia różne dynastie przychodziły i odchodziły, a każda z nich gromadziła niewyobrażalne bogactwa. Świeciły niczym słońce nad Saharą tylko po to, by za chwilę zgasnąć w pałacowym przewrocie. Od wieków bowiem ten pustynny kraj przypominał raczej rozszalały ocean. Dodajmy – ocean krwi. Kto trzymał Maroko, ten kontrolował szlaki handlowe Sahary, ten był bajecznie bogaty.

A potem pojawili się Francuzi oraz Hiszpanie i przekupstwem (ulubioną bronią walecznych kolonizatorów) zawładnęli gnuśnymi berberyjskimi sułtanami. W roku 1912 Maroko zostało oficjalnie podzielone na dwa protektoraty: hiszpański i francuski. Jednak zdobywcy popełnili poważny błąd: nie docenili przeciwnika. Zapomnieli że ich nowy nabytek to nie tylko piękne plaże i królewskie miasta, ale w większości góry Atlas, kamienne zęby północnej Afryki zamieszkane od niepamiętnych czasów przez plemiona Berberów. A to dumni i twardzi górale, którzy wprawdzie kochają swe domy i stada, lecz ponad wszystko miłują wolność.

W stronę Atlasu

Wieczorem powracamy na Dżama El Fna, gdzie nadal trwa wielkie polowanie. Teraz w roli myśliwych występują restauratorzy oferujący mniej lub bardziej tradycyjne dania: od frytek po tadżin. Spoglądamy na unoszący się nad placem dym, migoczące światełka, słuchamy melodyjnej arabskiej mowy i… tak, wreszcie jesteśmy w legendarnym Marrakeszu. Jednak sen szybko się kończy. „Good price, especially for you, my friend” – nieznośnie dźwięczy w uszach pokrzykiwanie młodego naciągacza.

Uciekamy w popłochu. Mamy serdecznie dosyć „magii” Marrakeszu i postanawiamy udać się w góry. Pragniemy zobaczyć, jak wygląda życie Berberów, właściwych panów tych ziem. Postanawiamy ominąć Dżabal Tubkal (4167 m n.p.m.), najwyższy szczyt Atlasu i całej północnej Afryki, gdyż od napotkanych Polaków dowiadujemy się, że szlak ten przypomina ruchliwą autostradę pełną zagranicznych turystów. Decydujemy się pojechać w kierunku drugiego najwyższego marokańskiego wierzchołka, czyli Masywu M’goun (4071 m n.p.m.).

Najpierw jednak oglądamy wodospad Cascada d’Ouzoud, którego krystalicznie czysta woda spada z ogromnej wysokości, rozbryzgując się w niewielkim jeziorku u podnóża stromego urwiska. Urzekające widowisko zakłóca jedynie monotonne „good price, my friend”. Swoją drogą nie wiedziałem, że mam w Maroku tylu przyjaciół...

Trafiła kosa na kamień

Ruszamy na poszukiwanie najpopularniejszego w Maroku środka lokomocji, jakim jest Grand Taxi, czyli mercedes W 123, popularnie zwany „beczką”. Zgodnie z nazwą jego szczególną cechą jest ładowność. Otóż w Europie formalnie mieści on pięć osób, natomiast w marokańskiej praktyce mieści się w nim nieograniczona liczba pasażerów, bagażu i żywego inwentarza.

Niestety kierowcy owego cudownego pojazdu postanowili do reszty ograbić polskich podróżników. Żądając astronomicznej kwoty za podrzucenie do najbliższego miasta, ze złośliwym uśmieszkiem obserwują teraz, jak dogorywamy na marokańskim słońcu. Jednak tym razem uparty Arab trafił na jeszcze bardziej upartego Polaka. Postanawiamy jechać autostopem i już po kilkudziesięciu minutach zatrzymuje się nowiutka honda. Otwierają się drzwi i… natychmiast ogłuszają nas rytmy francusko-marokańskiego hip-hopu. W środku pojazdu siedzi dwóch młodych Marokańczyków, którzy z uwagi na dużą ilość tatuaży i srebrnej biżuterii przypominają raczej ziomali od 50 Centa.

Po godzinie szaleńczej jazdy docieramy do miasta Azilal. Na szczęście wyglądający na gangsterów z Bronksu młodzieńcy okazali się przemiłymi Szwajcarami (!) marokańskiego pochodzenia, którzy nie tylko nie wbili nam noża pod żebra, ale przez całą drogę częstowali nas różnymi przekąskami.

Kamienne wrota Sahary

Po trzech godzinach jazdy w napakowanym do niemożliwości Grand Taxi dotarliśmy wreszcie do wioski Agouti, głównej bazy wypadowej dla podróżników wyruszających w kierunku M’goun. My jednak omijamy sam szczyt i postanawiamy przejść przez środek masywu, by dotrzeć do ukrytych wśród gór berberyjskich wiosek.

Leje deszcz, a my przemoknięci siedzimy w namiocie, myśląc, jak się stąd wydostać. Jeszcze wczoraj sądziliśmy, że w ciągu kilku dni przejdziemy zaplanowaną trasę. Niestety trudności terenowe skutecznie pokrzyżowały nam plany. Mieliśmy dzisiaj zakończyć dzień w przytulnym Gite d’Etape, czyli prywatnym schronisku składającym się z jednego pokoju i kilku materacy, a czasami także ze znacznej liczby karaluchów. Jednak po tym jak na stromej ścieżce złapała nas gwałtowna burza, zamiast Gite d’Etape mamy przemoczony Gite d’Tente. Po krótkiej naradzie i zdecydowanie dłuższych negocjacjach z miejscowymi przedsiębiorcami wynajmujemy muła wraz z poganiaczem.

Muł to najpowszechniejszy i jednocześnie najlepszy środek lokomocji w niegościnnym Atlasie. W głębi gór praktycznie nie ma dróg, tak że poruszanie się samochodem terenowym jest bardzo utrudnione. Natomiast muł to pojazd praktyczny: mało je, mało pije, za to doskonale czuje się na wąskich górskich szlakach, które bez problemu pokonuje nawet ze znacznym obciążeniem.

Następnego ranka docieram do wiosek Tazouggart i Rougult, a ich widok dziwnie przypomina krajobrazy rodem z Tybetu. Wszystkie bowiem domy budowane są z kamienia, a ich usytuowanie na górskich zboczach powoduje, że stoją one schodkowo jeden nad drugim. Dodatkowo bardzo często wolna część dachu stanowi zagrodę dla kóz i owiec. Nigdzie nie widać drewna, jedynym dostępnym tutaj budulcem jest kamień lub wysuszona glina.

Atlas to ponure, bezdrzewne góry. Nie mają one wprawdzie ostrych turni, ale ich potężne kamienne szczyty napawają lękiem. Latem palone słońce, a zimą przykryte głęboką warstwą śniegu. Ale najgorzej jest z wodą: albo człowiek umiera z pragnienia, albo tonie w przepastnych wąwozach. To doprawdy złośliwość losu utonąć w górach. A jednak tutaj jest to możliwe, o czym przekonaliśmy się na własnej skórze. W Atlasie bowiem przeważnie podróżuje się korytami rzek, które po częstych tutaj burzach błyskawicznie zamieniają się w rwące rzeki, a ściany takiego wąwozu są baaaardzo strome…

Podróżnik szuka wzrokiem jakiegoś punktu zaczepienia, który przerwie monotonię szaro-brunatnego krajobrazu upstrzonego plamami bladozielonej trawy. Przekraczamy przełęcz Tizi n’Rougoult i nagle naszym oczom ukazuje się cudowne widowisko: soczysta zielenią dolina rzeki Tessaout, a nad nią mieniące się intensywną czerwienią i żółcią górskie zbocza. Tak jakby sam Atlas rozłupał na pół jakiś przepiękny minerał.

Ait Atta czyli Waleczne Serca

Gorąco. Koszmarnie gorąco, powietrze faluje, język wysycha na wiór, a wzrok błądzi w poszukiwaniu chociaż skrawka cienia. Wreszcie! Dostrzegamy gaj migdałowy i szybko chowamy się pod rozłożystymi gałęziami. Byle dotrwać do popołudnia, przeczekać ten bezlitosny południowy skwar. Powoli pijemy okropnie słodką, miętową herbatę, tradycyjny arabski napój. Płyn wraca siły, sprawia, że znowu chce się żyć.

Jesteśmy właśnie górach Dżabal Sahro stanowiących przedłużenie Antyatlasu i jednocześnie ostatnią zaporę pomiędzy Atlasem a Saharą. Dalej na południe jest już tylko bezkresna pustynia. Pasmo to uchodzi za najbardziej niegościnny i najtrudniejszy do przebycia łańcuch w całym Maroku. Tutaj nie można utonąć, tutaj „tylko” umiera się z pragnienia. Idziemy z przewodnikiem i jego mułem, bo bez niego nie zabralibyśmy wystarczających zapasów wody, a po drodze nie napotykamy praktycznie żadnego źródła.

Oczywiście nasz poganiaczo-przewodnik mówi tylko po berberyjsku (i łamanym arabskim), a my tylko po angielsku. Wprawdzie dysponujemy rozmówkami berberyjsko-angielskimi, ale nie za bardzo potrafimy wymówić poszczególne słowa, a on nie może ich przeczytać, bo przecież jest niepiśmienny! Jednak po raz kolejny okazuje się, że uśmiech oraz język migowy przełamują wszelkie bariery i już wkrótce zostajemy przyjaciółmi.

A przyjaźń z Berberem, który z kolei sam ma znajomych, krewnych, krewnych znajomych itd. w niemalże każdej napotkanej osadzie, zdecydowanie ułatwia podróżowanie po tym regionie. Można znaleźć schronienie i zjeść miskę parującego kuskusu będącego tradycyjnym berberyjskim posiłkiem. Przybysze znajdujący się pod opieką przyjaciela domu zasługują jednak na szczególne względy. Nam jeden z gospodarzy podał ugotowaną w całości baranią nerkę (wraz z moczowodami). Jej gorzko-kwaśny smak połączony z mocnym zapachem mocznika czuliśmy w ustach przez wiele godzin.

Wyruszamy w dalszą drogę. Krajobraz marsjańsko-księżycowy. To nawet nie góry, ale raczej wielkie, poprzecinane głębokimi kanionami płaskowyże. Na nich wznoszą się majestatyczne kamienne filary i jakieś dziwne, cyklopowe formacje skalne przypominające fortece strzegące dawno zapomnianych królestw. Niedostępne, groźne dla białego człowieka ziemie, od wieków zamieszkiwane przez waleczne plemię Ait Atta. Nie uznali oni zwierzchniej władzy Paryża i aż do 1934 roku skutecznie walczyli z francuskimi wojskami. Z beznadziejnym uporem bronili wolności i odrzucali dobrodziejstwa zachodniego kolonializmu. Ich współcześni potomkowie to twardzi i nieustępliwi górale zahartowani przez wyjątkowo trudne warunki klimatyczne. Potwierdził to nasz przewodnik, gdy bez zmrużenia oka, ale za to z szerokim uśmiechem na ustach wyciągnął rękami z wrzątku gotujące się jajka.

Essawira

Nad wzburzonymi wodami Atlantyku wznosi się Essawira – Niebieskie Miasto. Jeśli Marrakesz jest Mekką dla hipisów, to Essawira była dla nich Czarnym Kamieniem z Kaaby, ostatecznym końcem hippisowskiej pielgrzymki. Tutaj mieszkał i tworzył Jimi Hendrix, a legenda głosi, że jego utwór „Castle Made of Sand” został zainspirowany widokiem średniowiecznych ruin ukrytych pośród białych piasków marokańskiej plaży. To tutaj powinien dotrzeć Wilk Stepowy z powieści Hermanna Hessego.

Czym jest dzisiaj Essawira, ongiś symbol kontrkultury? Pięknym i aż do bólu skomercjalizowanym miastem, gdzie można poleżeć na leżaku i zjeść świeże owoce morza. Oczywiście za odpowiednią opłatą… Hipisi się pomylili. Ich sen o wolności skończył się niemalże tak szybko, jak się narodził.

Jednak są miejsca w Maroku, gdzie można dotknąć marzenia o wolności. Nie tutaj, pośród pokrzykujących sprzedawców, lecz w groźnych górach Dżabal Sahro. I wcale nie musimy w tym celu wypalić porządnego jointa. Na ziemiach plemienia Ait Atta są ciągle wioski, gdzie biały podróżnik wzbudza prawdziwą sensację. Gdy docieramy do jednej z nich, zachwycone dzieci ciągną nas do swoich domów i pokazują skromne pokoje. Na dziedzińcu stara kobieta tka na krośnie czerwony dywan. Tysiące włókien przeciągniętych tym samym monotonnym ruchem ręki splata się i skręca, aby stworzyć prawdziwe dzieło sztuki. Ta mrówcza praca zajmie starej Berberyjce kilka dni, jeśli nie tygodni. A przecież maszyna mogłaby ją wykonać w ciągu zaledwie kilku godzin.

Tutaj to jednak bez znaczenia, bo jesteśmy w jednym z miejsc, gdzie czas płynie inaczej. A może nie płynie w ogóle? Jak w pobliżu czarnej dziury czasoprzestrzeń fałduje się tutaj i zagina.

A może jednak się mylę? Może miejsce to wcale nie narusza reguł przyrody, a jedynie staje się odbiciem innego stanu umysłu. Odzwierciedleniem świadomości, dla której zegarki, kalendarze oraz terminy spotkań to nic nieznaczące przedmioty. W tej niewielkiej osadzie ludzie żyją zgodnie z niezmiennym rytmem przyrody. Podróżnik z Zachodu, jeśli tylko potrafi się weń wsłuchać, choć przez chwilę może poczuć się naprawdę wolny.

Informacje praktyczne:

Dojazd (wszystkie ceny za przejazd w obie strony):

tanie linie lotniczne:

RyanAir z Wrocławia do Londynu-Luton (w środy i w niedziele): 420 – 450 zł. WizzAir z Katowic, Gdańska, Warszawy (codziennie), Wrocławia (4 dni w tygodniu) do Londynu-Luton: 380 – 720 zł. Następnie RyanAir do Marrakeszu (poniedziałki, środy, piątki, niedziele): 560 – 760 zł.

RyanAir z Wrocławia do Frankfurtu-Hahn (w środy i niedziele): 170 – 330 zł (w zależności od terminu rezerwacji). Następnie do Marrakeszu (wtorki, czwartki, soboty): 500 – 720 zł (w zależności od terminu rezerwacji).

samoloty rejsowe:

Air France z Warszawy do Casablanki przez Paryż: 1800 zł. Następnie pociągiem lub autobusem do Marrakeszu.

LOT z Warszawy do Brukseli, a następnie Royal Air Maroc do Marrakeszu: 3100 zł.

biura podróży – wyprawy do Maroka z możliwością trekking w Atlasie (głównie Dżabal Tubkal) oferuje m.in. MK Tramping (1803 zł plus 1600 – 2400 zł przelot).

Komunikacja w Maroku:

Duże miasta – połączenia autobusowe i kolejowe. Jeżdżą stosunkowo punktualnie, a ich poziom nie odbiega znacznie od średnich europejskich standardów. Uwaga! Należy zawsze dokładnie sprawdzić cenę biletu, ponieważ przeważnie doliczana jest dodatkowa opłat za bagaż. Ponadto nie należy oddawać pakunków w ręce uczynnych bagażowych, bo żądają oni za swoje usługi astronomicznych kwot, co może prowadzić do nieprzyjemnych sytuacji.

Miasteczka i dojazd w góry Atlas – Grand Taxi, czyli osobowe mercedesy, które zabierają do 6 pasażerów. Ich cena zależy od liczby podróżnych oraz ich umiejętności negocjacyjnych.

Podróżowanie po górach:

wynajęcie muła wraz z licencjonowanym przewodnikiem – w każdym większym mieście znajdują się agencje turystyczne oferujące takie usługi. Mamy wtedy gwarancję, że nasz poganiacz będzie mówił po angielsku. Jednak zdecydowanie ciekawsze może być wynajęcie lokalnego poganiacza w wiosce stanowiącej nasz punkt wypadowy (np. w Agouti). Prawdopodobnie będzie on mówił tylko po berberyjsku i arabsku, ale za to pokaże nam miejsca, gdzie nie dotarła jeszcze masowa turystyka.

samotna wędrówka – trzeba zaopatrzyć się w dobrą mapę i przewodnik, np. Lonely Planet albo „Trekking in the Moroccan Atlas” Knighta (do kupienia na Amazon.com). Mapy najlepiej nabyć w Marrakeszu. Uwaga! Podstawowym problemem w okresie letnim w Atlasie jest brak wody, dlatego trzeba zawsze pamiętać o zabraniu jej odpowiednich zapasów.

Nocleg:

Miasta - hoteliki w medinie (czyli starym mieście) oferują niskie ceny, średni standard i tradycyjną marokańską atmosferę. Największą ich zaletą jest lokalizacja. Medina stanowi bowiem serce każdego arabskiego miasta. Wystarczy otworzyć okno i wsłuchać się pokrzykiwania targujących się kupców, aby poczuć magię krajów Maghrebu.

Kasby – położone przeważnie na obrzeżach miasta, ufortyfikowane wielorodzinne domostwa, które obecnie zostały zamienione na luksusowe hotele. Nocleg w kasbie dostarczy nam niezapomnianych wrażeń, bo jej mury pamiętają czasy, gdy Maroko spływało krwią.

Góry – Gite d’Etape, czyli górskie schroniska, oferujące nocleg na materacach, łazienkę (przeważnie z zimną wodą) i możliwość zjedzenia tradycyjnych berberskich potraw. Mają jedną podstawową zaletę: są jedynym miejscem, gdzie (z wyjątkiem własnego namiotu) możemy spędzić noc.

Formalności:

wizowo-paszportowe – nie ma obowiązku wizowego, jednak paszport musi być ważny jeszcze co najmniej 6 miesięcy po opuszczeniu Maroka. Po przyjeździe należy przed kontrolą paszportową wypełnić deklarację wjazdową.

waluta – dirham marokański to 0,4 zł. Uwaga! Obowiązuje zakaz wywożenia waluty marokańskiej, czyli teoretycznie powinniśmy przed wyjazdem sprzedać pozostałe pieniądze. W praktyce nikt tego nie sprawdza, jednak warto zachować wszystkie potwierdzenia wymiany walut.

szczepienia – zalecane: WZW A i B, BTP, dur brzuszny; obowiązkowe – brak.

Ramadan – święty miesiąc: w tym roku od 21 sierpnia do 19 września.

Podobne tematy:
Bieżące wydarzenia:
» POGODA