Całe rzesze sławnych i bogatych chętnie jeżdżą na Barbados lub nawet kupują sobie tam posiadłości. Dlaczego? Bo państwo mniejsze od Warszawy (tylko 431 km kw. powierzchni) oferuje sporo atrakcji. Znacznie więcej niż piękne piaszczyste plaże, z których jest najbardziej znane.
Nie da się ukryć, że przez wizyty gwiazd pokroju Micka Jaggera, Roda Stewarta czy Tigera Woodsa Barbados, najbogatsze i najlepiej rozwinięte państwo Karaibów, uchodzi za ekskluzywną i raczej drogą destynację.
Wypoczynek z historią w tle
Ale prawdziwy Barbados jest gdzie indziej – z dala od luksusowych hoteli i ośrodków turystycznych, zresztą dość dyskretnie ukrytych. Można go znaleźć na przedmieściach Bridgetown, gęsto zabudowanych małymi drewnianymi domkami; na wąskich, krętych drogach przechodzących między polami trzciny cukrowej, na wielkich, wybudowanych w czasach niewolnictwa posiadłościach na plantacjach cukru, w ulicznych knajpkach serwujących narodowe danie Barbadosu – kanapki z latającą rybą – czy wreszcie w jednym z ok. 700 lokalnych barów, w których przy dźwiękach calypso, soca lub reggae mężczyźni siedzą całymi godzinami, sącząc rum.
Bo choć Barbados jest regionalnym centrum finansowym i znaczącym producentem trzciny cukrowej, to najbardziej zasłużył się dla świata jako ojczyzna rumu. To tam w pierwszej połowie XVII w. niewolnicy pracujący na plantacjach cukru odkryli, że melasa, produkt uboczny powstający podczas produkcji cukru, fermentuje i można z niej otrzymać alkohol. To na Barbadosie istnieje najstarsza na świecie – założona w 1703 r. – destylarnia rumu. Bez jasnobrązowego lub przezroczystego trunku życie na Karaibach byłoby zdecydowanie mniej przyjemne.
Jeżeli na Barbadosie czegokolwiek brakuje, to co najwyżej spektakularnych zabytków. Huragany, które kilka razy poważnie zniszczyły wyspę, spowodowały, że budowli o historycznym znaczeniu pozostało niewiele. W niespełna 100-tysięcznym Bridgetown są to katedra św. Michała z końca XVIII w., neogotycki budynek parlamentu, najstarsza w Ameryce synagoga (interesująca także z racji polskiego wątku – kurcząca się populacja żydów przetrwała dzięki napływowi w 1931 r. dużej grupy emigrantów z Polski).
Poza stolicą – parę starannie odrestaurowanych posiadłości wielkich właścicieli plantacji cukru, trochę wojskowych wież strażniczych i umocnień – i to praktycznie wszystko. Ale pewien deficyt zabytków, którym z podobnych powodów dotknięte są również inne wyspy Małych Antyli, z powodzeniem rekompensuje natura.
Rum i plaże
Tym, co przede wszystkim przyciąga turystów, którzy w liczbie pół miliona rocznie odwiedzają Barbados, nie są ani zabytki, ani rum, lecz plaże. Zdaniem wielu najpiękniejsze na całych Karaibach. Mało która z wysp, mimo tak krótkiej linii brzegowej – zaledwie 97 km – oferuje równie zróżnicowane krajobrazy. Na zachodzie i południowym zachodzie kraju spokojne wybrzeże Morza Karaibskiego. Choć tam znajduje się zdecydowana większość hoteli, plaże nie są zatłoczone.
Wbrew stereotypom, miejscowa ludność nie spędza całych dni na wypoczynku. Na południowym wschodzie – niewielkie zatoczki ukryte pomiędzy skałami, w które uderza Atlantyk. Gdzieniegdzie na klifach pojedyncze domy. Wschodnie wybrzeże to raj dla miłośników sportów wodnych – silne atlantyckie fale nie pozwalają na pływanie, ale są za to wymarzonym akwenem dla zaawansowanych surferów. To jedno z miejsc, gdzie w ciągu dnia można nie spotkać żywej duszy. Od czasu do czasu może pojawić się lokalny mieszkaniec, żeby zaproponować turystom kokosa.
Wreszcie skalista północ, gdzie Atlantyk spotyka się z Morzem Karaibskim. Klify są tu jeszcze wyższe niż na wschodzie, a uderzające o nie z ogromną siłą fale wymywają w kamieniu zaskakujące kształty i jaskinie. W niektórych miejscach można napotkać groty, przez które widać wpływającą do wewnątrz wodę. Z nadejściem większej fali tryska ona przez otwór na kilka metrów w górę. Wiosną w pobliże północnego wybrzeża wyspy podpływają wieloryby. A największą zaletą jest to, że wszystko znajduje się w zasięgu ręki – w najszerszym miejscu Barbados ma 23 km, dzięki czemu z zachodniego wybrzeża na wschodnie można się przedostać, i to korzystając z komunikacji publicznej, w godzinę.
Anglia i Afryka
Nadmorskie miejscowości Brighton, Dover, Worthing czy Hastings, znajdujący się nieopodal gmachu parlamentu Trafalgar Square (dopiero niedawno zmieniono jego nazwę na National Heroes Square), a na nim kolumna admirała Nelsona. Barbados nazywany jest „małą Anglią” i wystarczy rzut oka na mapę, by zobaczyć, że związki z dawną metropolią są wciąż silne. Nie ograniczają się zresztą do nazw geograficznych, lewostronnego ruchu na drogach i brytyjskiej królowej Elżbiety II, która pozostaje głową niepodległego od 1966 r. państwa.
Prawie 450 lat kolonialnego panowania zrobiło swoje. Ulubioną rozrywką mieszkańców Barbadosu jest krykiet, którego mecze najchętniej oglądają w lokalnych barach z rumem. Oprócz miłości do najbardziej angielskiego ze sportów, demokracji parlamentarnej i mundurków szkolnych odziedziczyli oni kilka typowo angielskich cech charakteru, jak mocno wpojona uczciwość, uprzejmość, przywiązanie do dobrych manier czy nawet pewne zdyscyplinowanie.
Z drugiej strony Barbados jest równie głęboko osadzony w konserwatywnej ze swej natury kulturze afrokaraibskiej. To wciąż miejsce, gdzie więzy rodzinne są najważniejsze, do barów z rumem przychodzą sami mężczyźni, a homoseksualizm jest nielegalny. Zaś architektura z drewnianymi domkami, takimi samymi, w jakich mieszkali niewolnicy na plantacjach, muzyka, stroje czy kuchnia, w której wyczuwalne są wpływy afrykańskie i indyjskie, mają więcej wspólnego z innymi wyspami karaibskimi niż z najnowszymi trendami z Londynu.
Młodym mieszkańcom Barbadosu zresztą bliżej jest do Nowego Orleanu czy czarnych dzielnic Nowego Jorku niż brytyjskiej stolicy. Hip-hop staje się równie popularny jak calypso, soca i reggae, a gangsta-rapowy image nie jest rzadszy niż tradycyjne karaibskie dready. Tę fuzję kulturową słychać zresztą na każdym kroku, bo choć urzędowym językiem jest angielski, na co dzień mieszkańcy używają jego lokalnego dialektu bajan, w którym silne są wpływy afrykańskie.
Zielone małpy i latające ryby
Innym przykładem takich międzykontynentalnych związków są zielone małpy. Charakteryzujący się zielono-złotawym futerkiem gatunek niewielkich małpek wywodzi się z zachodniej Afryki, ale jeszcze pod koniec XVII w. został przywieziony na statkach niewolniczych na Karaiby. Rozpowszechnił się tak bardzo, że dziś jest jednym z symboli Barbadosu. Zielone małpy można z bliska obejrzeć w znajdującym się na północy Barbados Wildlife Reserve, w którym zgromadzono najważniejsze zamieszkujące wyspę zwierzęta. Ale jeżdżąc po barbadoskim interiorze, na drogach pomiędzy polami trzciny cukrowej, stosunkowo łatwo można spotkać osobniki żyjące na wolności.
Gorzej natomiast z latającą rybą, czyli najważniejszą ikoną Barbadosu. Występujące w okolicznych wodach ryby z rodziny ptaszorowatych dzięki silnie rozwiniętym płetwom piersiowym, które wyglądają jak skrzydełka, potrafią szybować nad wodą na odległość nawet kilkudziesięciu metrów. Latająca ryba od lat jest symbolem Barbadosu, a jej wizerunek można spotkać niemal wszędzie: na monetach, banknotach, na fontannach w Bridgetown, w logo rozmaitych organizacji, a także na kartach menu w restauracjach.
Niestety, aby ją dostrzec podczas lotu, trzeba wypłynąć spory kawałek od brzegu i mieć sporo szczęścia. Ci, którym się to nie udało, mogą się jej przyjrzeć na jednym z licznych targów rybnych, bądź spróbować jej w kanapce. Przypominające nieco hamburgera danie to najbardziej typowa potrawa Barbadosu – smaczna, tania i sprzedawana niemal na każdym kroku.