W obszernym wywiadzie dla "DZIENNIKA Gazety Prawnej" jeden z autorów stanu wojennego robi obszerną analizę kilkudziesięcioletniej kariery komunisty. Opowiada o spotkaniu z Kim Ir Senem, o inwigilowaniu opozycji, o wódce (m.in. o tym jak bezpieka wypiła z Janem Pawłem II po kielichu) i o przyjaźni z generałem Wojciechem Jaruzelskim. Jeden z ciekawszych fragmentów dotyczy niszczenia akt po 1989 roku. Od tego wątku zaczyna się cały wywiad:
KAMILA WRONOWSKA, MICHAŁ MAJEWSKI:Czy pan osobiście niszczył teczki współpracowników SB?
CZESŁAW KISZCZAK: Zanim odpowiem, chcę powiedzieć, że służby specjalne w każdym państwie są jednym z filarów władzy. Im ten filar silniejszy, tym państwo mocniejsze. Praca z agenturą z moralnego punktu widzenia może nie zasługiwać na pochwałę, ale bez niej żadne państwo funkcjonować sprawnie nie może. Oficerowie służb, pozyskując współpracowników, gwarantują im utrzymanie tego faktu w tajemnicy. I oficerowie służb specjalnych PRL tej zasady przestrzegają. Dziś Polska ma o wiele szerzej rozbudowane służby, oparte głównie na pracy z tajnymi współpracownikami. To, co się dzieje wokół tych służb przez 20 lat, Polsce nie służy. W 1989 roku przychodzili do mnie, jako do szefa MSW, działacze opozycji, którzy byli tajnymi współpracownikami SB, wywiadu i kontrwywiadu. Naciskałem na guzik. Odbierał szef biura, w skład którego wchodziły archiwa. Prosiłem o przyniesienie teczki. Następnie dawałem ją mojemu gościowi. A on na zapleczu gabinetu wrzucał dokumenty do niszczarki.
Oryginały?
Oryginały.
I duplikaty nie zostawały?
Jeśli ten współpracownik wymieniał w meldunku 10 osób, to papier odbijano w 10 kopiach i trafiał on do 10 różnych teczek.
Ilu osobom zrobił pan taką przysługę?
Nikomu nie odmawiałem.
Sowiecki Seksot! Zniewolony umysł!