Burza wybuchła po wczorajszej deklaracji premiera, że Polska nie będzie dłużej blokować rozpoczęcia negocjacji między Rosją a OECD. Prezydent przyjął te słowa - jak napisano w oświadczeniu - "z najwyższym zdumieniem". Oburzył się także, że nikt z nim nie konsultował tego kroku.
"Nie chcę nikogo pozostawiać w sferze domysłów czy złudzeń. Konstytucja, w mojej ocenie, i polskie prawo jest jednoznaczne: ja - jako premier polskiego rządu - odpowiadam za prowadzenie polityki zagranicznej, pan prezydent reprezentuje Polskę jako głowa państwa" - powiedział Tusk dziennikarzom.
Ale wszystko wskazuje na to, że te słowa prezydenta nie przekonają. Lech Kaczyński o podział kompetencji zamierza zapytać Trybunał Konstytucyjny. Rozzłościć miały go zapowiedzi nowych ministrów, którzy chcą wycofać polskie wojska z Iraku i przekształcić polskie wojsko w armię zawodową.
Donald Tusk jednak nie obawia się werdyktu trybunału: "Cieszę się, że prezydent uznał, że trybunał jest takim niezależnym ciałem, którego werdykty powinny być respektowane".
"Jest to coś nowego w polskiej polityce, jeśli chodzi o pana prezydenta, z uznaniem witam ten gest" - skomentował szef rządu, nawiązując do słów krytyki, które jeszcze jakiś czas temu padały z ust Lecha Kaczyńskiego na temat orzeczeń trybunału.
Mam wrażenie, że chcąc się przede wszystkim podobać, i to wszystkim, od Moskwy po Waszyngton i od Ryszarda Krauzego po nauczycielkę, premier Donald Tusk prosi się o nieszczęście. Oczywiście, w jakiś sposób zrozumiałe, że chce się różnić od Jarosława Kaczyńskiego – skoro poprzedni premier chciał być postrzegany jako twardy szeryf, potrafiący się postawić, to pijarowska logika zmusza premiera obecnego do budowania wizerunku poczciwiny z wyciągniętą do zgody ręką. Niebezpieczeństwo takiej postawy polega na tym, że jeśli premier okaże zbyt wielką gotowość do ustępstw, po prostu będzie musiał odnieść sukces. Inaczej w oczach wyborców poczciwiec zmieni się w naiwniaka, a kto chciałby mieć takowego za prezydenta? Ci, z którymi sprawa, byliby frajerami, nie podbijając w takiej sytuacji ceny swej zgody. Przedsmak stanowić może to, co usłyszała minister Ewa Kopacz na zjeździe związku lekarzy. To miło, że rząd chce nam dać większe pensje od roku 2010, ale będzie musiał dać jeszcze większe i to od zaraz. Bo nas, lekarzy, już tyle rządów oszukało, że żadnemu nie ufamy. I temu też nie zaufamy, choćby premier powtórzył to słowo jeszcze 44 razy. Ale to naprawdę drobiazg wobec spraw polsko-rosyjskich. Embargo na polskie mięso w praktyce niewiele nam szkodzi, ale urosło do rangi takiego symbolu, że jeśli Rosja wkrótce go nie zniesie, PiS dostanie do ręki potężną broń. Polacy są czuli na punkcie swej dumy – jeśli nowy ton w stosunkach z Rosją nic nie da, uznają, że Tusk nas upokorzył i post factum przyznają rację jego przeciwnikowi. A Rosja może spokojnie się drożyć: zniesienie embarga jest na dobrej drodze, ale jest jeszcze taka mała prośba… Jakkolwiek patrzeć, Moskwa dostała do ręki potężne narzędzie wpływania na nasze sprawy wewnętrzne.