niedziela  21 marca 2010 r.  Imieniny: Benedykta, Lubomira, Lubomiry
 
To view this object you need Flash
Poleć znajomemu
|
Umieść na Facebooku Dodaj do Blipa Dodaj do Twittera Wykop artykuł Dodaj dośledzika Wersja mobilna
|
Wydrukuj
|

Skomentuj

e-mail: 

Opozycjoniści będą walczyć z Castro w sieci

Internetowa rewolucja uwolni Kubę?

Większość ich rodaków nie wie, co to internet. Ale oni wiedzą doskonale. Na Kubie rozwija się nowe, nieznane do tej pory zjawisko - ruch cyberdysydencki. Materiały kompromitujące komunistyczne władze miejscowi studenci nagrywają sami lub ściągają ze świata przy pomocy uczelnianych komputerów. Prawda krąży po Kubie na elektronicznych przenośnikach pamięci. Bo w oficjalnym życiu - pomimo odejścia Fidela Castro - wciąż jej nie ma.

Oto jedna z internetowych scenek. Lutowe spotkanie studentów z szefem fasadowego parlamentu w Hawanie.

"Dlaczego nie wolno mi wyjechać z Kuby? Dlaczego nie mogę pojechać do Boliwii, by zobaczyć, gdzie zginął Ernesto Che Guevara?" - dopytuje kubański student. 70-latek, jeden z rządzącego wyspą pokolenia starców, weteranów rewolucji 1959 r., w końcu znajduje odpowiedź. "Ja w twoim wieku też nie podróżowałem. Gdyby wszyscy chcieli pojechać, to zabrakłoby miejsc w samolotach" - ucina.

Alarcon wywołuje poruszenie, studenci napierają. Pytają, czemu nie mogą spać w hotelach dla cudzoziemców, więcej zarabiać i korzystać z Google. Dygnitarz kluczy, nie przypuszczając, że jest nagrywany i że kompromitujący go filmik wkrótce zacznie krążyć po Kubie.

I wcale nie w państwowej telewizji ani nie w kubańskim "internecie", w którym maile można wysyłać jedynie do innych mieszkańców wyspy. Studenci skopiują film na przenośne drive-flashe, które kilka lat temu wyparły na całym świecie poczciwe dyskietki. Będą je przenosić po Hawanie, kopiować na prywatne komputery i rozdawać kolegom. Tak kubańska rewolucja staje w obliczu technologicznej kontrrewolucji.

"Na Kubie istnieje cały podziemny rynek takich materiałów" - mówił amerykańskim dziennikarzom 33-letni programista. Przedstawia się jako Ariel.

Takich jak on jest wielu. Na Uniwersytecie Informatycznym, jednej z nielicznych instytucji, która ma dostęp do światowego internetu, studenci ukradkiem ściągają krytykujące kubański reżim filmy i amerykańskie programy rozrywkowe. Urządzenia flash, na których je rozprowadzają, przemycają na Kubę z pomocą przyjaciół z Europy. A dzięki nielegalnym połączeniom z internetem dysydenci zakładają antyreżimowe strony i prowadzą blogi, na których opisują codzienne życie na "wyspie wolności".

Jedną z takich blogerek jest Yoanni Sanchez. Niedawno opisywała, jak poszła do kina, by poprawić sobie humor po wyborze 76-letniego Raula Castro na prezydenta Kuby. Trafiła na „Barwy Ochronne” Krzysztofa Zanussiego, z których utkwił jej w pamięci cytat: "Cynizm starców jest trwalszy, niż nam się wydawało". Wpis zebrał aż 1104 komentarze.

"Internet to jedyna sfera, która wymyka się regulacji władz. W ten sposób tworzy się silne podziemie" - mówi dziennikarzom.

Spragnionym swobód Kubańczykom drugi obieg daje oddech wolności, ale eksperci podkreślają, że informacje z drugiego obiegu mogą najwyżej wspomóc, ale nie zapoczątkować przemiany. W Chinach czy na Białorusi ludzie mają lepszy dostęp do internetu, ale tamtejsze reżimy i tak prosperują.

"Rewolucje wybuchają wtedy, kiedy poziom życia nagle spada, a Kubańczycy przywykli do tego, że ciągle żyją na marnym poziomie. To, że ludzie sobie coś obejrzą, nie znaczy, że zaraz wyjdą na ulice" -mówi DZIENNIKOWI hiszpański latynoamerykanista David Sancho Royo.

Podobne tematy:
Bieżące wydarzenia: