Niepokoje w stolicy Tybetu wciąż trwają. Wczoraj po południu czasu lokalnego, na ulicach miasta wybuchła prawdziwa panika. Według szczątkowych relacji, zamieszki zaczęły się po tym, jak lokalna policja zaczęła masowe kontrole dokumentów mieszkańców dzielnicy, w której 14 marca wybuchły demonstracje. Część ludzi w obawie przed aresztowaniem zaczęła uciekać - cytuje świadka zajść radio Free Asia.
Demonstracje wybuchły w czasie, gdy delegacja piętnastu dyplomatów USA, Japonii i krajów Europy opuszczała Lhasę po wizytacji. Pytani przez dziennikarzy odpowiedzieli, że nie zauważyli żadnych zamieszek. Przyznali jednak, że bez przerwy pilnowali ich Chińczycy, którzy wybierali z kim mogą rozmawiać i kontrolowali przebieg konwersacji.
Na temat zamieszek komentarza odmówili rządzący w Pekinie. Tymczasem lokalne władze wykorzystując sieci komórkowe rozesłały do mieszkańców smsy o treści: "Przestrzegaj prawa, bądź posłuszny zasadom, nie twórz plotek, nie wierz w plotki, nie rozpowszechniaj ich".
Tak, niech sobie mają komunizm i mordują niewinnych tybetanczyków i chinczykow, żebyśmy tylko my mieli tanie t-shirty i śmieciowe zabawki. Świetna metoda żeby jak ktoś jest silny zostawić go w spokoju i niech robi co chce, a może akurat nas nie zabije bo mu sie tak spodoba? A może zabije sąsiada którego nie lubimy? A może...