Rogozin po raz kolejny próbował być stanowczy. Ale w Brukseli nikt się go nie boi, bo ten rosyjski dyplomata średnio raz w tygodniu wypala z podobną rewelacją. Wcześniej groził między innymi wojną z Zachodem i wymierzeniem w Polskę rosyjskich rakiet, gdy USA zainstalują w naszym kraju swoją tarczę antyrakietową. Nikogo nie udało mu się nigdy przestraszyć, bo tak naprawdę Rogozin niewiele znaczy w hierarchii ekipy rządzącej Rosją.
Tym razem dyplomata pogroził palcem Ukrainie, która ma euroatlantyckie aspiracje. "Ukraina <puści szwy>, jeżeli tylko pomarańczowi rzeczywiście spróbują wciągnąć Ukrainę do NATO" - straszył stały przedstawiciel Rosji przy Sojuszu. "Krym nie wstąpi do NATO, a rosyjskie bazy wojskowe pozostaną w Sewastopolu" - dodał. Słowa te cytuje za portalem "Ukraińska Prawda" serwis zik.
Wypowiedź Rogozina, choć można ją zaliczyć do kolejnej nieudanej próby wywarcia wrażenia na członkach NATO, jasno pokazuje, że Moskwa wciąż nie może się pogodzić ze stratą wpływów na Ukrainie.
Przed pomarańczową rewolucją nikt nawet głośno w tym kraju nie mówił o wstąpieniu do NATO. Gdy Kijów wyzwolił się spod kurateli Kremla, stara się o wejście do NATO i Unii Europejskiej. I tego właśnie nie może przeżyć Moskwa.