Najwyraźniejszym przejawem nowej postawy Waszyngtonu jest właśnie stosunek do rządu w Teheranie, który Zachód, w tym również USA, oskarża o próbę zbudowania własnej bomby atomowej. Gdy wczoraj w Abu Zabi sekretarz stanu USA Condoleezza Rice zaapelowała do irańskiego przywódcy Mahmuda Ahmadineżada o wycofanie się z badań nad wzbogacaniem uranu, zamiast tradycyjnie straszyć opcją militarną, groziła jedynie ewentualnymi sankcjami ONZ. Biały Dom wysłał także na sobotnie rozmowy Iranu, Unii Europejskiej, Chin i Rosji w Genewie swojego przedstawiciela, sekretarza stanu Williama J. Burnsa, mimo że jeszcze niedawno zarzekał się, iż z reżimem Ahmadineżada do stołu rokowań nie usiądzie. Oznaki odwilży widać było już wcześniej: w zeszłym tygodniu Waszyngton ogłosił, że po 29 latach, po raz pierwszy od czasu wybuchu rewolucji islamskiej, otworzy w Teheranie swoje przedstawicielstwo dyplomatyczne.
Rezygnację z polityki twardej pałki i coraz większy nacisk na multilateralizm widać nie tylko w odniesieniu do Iranu, ale także Korei Północnej, drugiego członka tzw. osi zła, czyli krajów, które prezydent George W. Bush uznał za największych wrogów Stanów Zjednoczonych. Amerykanie prowadzą coraz intensywniejszy dialog z Phenianem, któremu za współpracę i rozbrojenie potencjału nuklearnego obiecali skreślenie Korei Północnej z listy państw popierających terroryzm. Stany Zjednoczone dyskretnie pomagają też komunistycznej Korei w wychodzeniu z międzynarodowej izolacji. Condoleezza Rice będzie z tej okazji w środę w Singapurze, by patronować paktowi o nieagresji Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN) z Phenianem.
"Postawa Ameryki wobec Iranu i Korei Północnej dowodzi, że Waszyngton w panice ucieka od dotychczasowej polityki emanacji siły i rozwiązywania problemów na własną rękę" – mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM Chris Brown, specjalista z dziedziny stosunków międzynarodowych z London School of Economics. I rzeczywiście: ledwie przed dwoma miesiącami prezydent George W. Bush zwierzał się w wywiadzie dla "Timesa", że żałuje niektórych swoich decyzji i języka, jakim wygrażał Irakowi, Iranowi i Korei.
Stanom Zjednoczonym zależy teraz przede wszystkim na zapobieżeniu następnemu ewentualnemu konfliktowi na Bliskim Wschodzie. "Prowadzimy już dwie wyczerpujące kampanie militarne i naprawdę nie potrzebujemy trzeciej" – powiedział stanowczo w niedzielnym wywiadzie dla telewizji Fox szef połączonych sztabów armii USA admirał Mike Mullen. Niepowodzenia na afgańskim froncie napawają administrację Busha szczególną obawą i zmuszają do szukania pomocy u sojuszników z NATO. "Biały Dom nie ma wyjścia, nie może pozwolić sobie na otwarcie kolejnego frontu" - dodaje Brown. Według brytyjskiego eksperta Stany Zjednoczone zrobią więc dziś wszystko, by tylko uniknąć zbrojnego konfliktu z Iranem.
USA nie ale zawsze biedny niewinny kraj Izrael.Na ajatolachow spadna czastuszki made in USA.W zamian na Izrael poleca geszefciki zdielano w ZSRR,stare ale jare.Kara za grzechy musi przyjsc takze na naszego najlepszego pod sloncem przyjaciela za wielka woda.Wiele sie zmieni o wiele,UNI-a, oczka skloni na wschod i daleki wschod,ciekawe co zrobia oszlomy PO i PiS oraz reszta genetycznie zdeformowana rodzina .