"Nadeszły trudne czasy. Klienci, którzy przychodzili dwa-trzy razy w tygodniu, teraz odwiedzają nas raz albo i wcale - mówi brytyjskiemu dziennikowi "The Independet" Karin Ahrens, szefowa burdelu "Yes, Sir" w Hanowerze.
>>>Jaki kryzys? Pamela Anderson otwiera klub go-go
Szczególnie pomysłowy okazał się berliński "Pussy Club". Wprowadził stałą opłatę 70 euro, dając możliwość korzystania bez ograniczeń z usług prostytutek, jedzenia i alkoholu między 10 rano i 4 po południu.
Na radykalne cięcie stawek zdecydował się jeden z największych domów publicznych Hamburga GeizHaus. Tu za jedną wizytę trzeba zapłacić 38,5 euro, wielokrotnie mniej niż do tej pory. "Sklepy z elektroniką, salony samochodowe: wszyscy obniżają stawki. Dlaczego my mielibyśmy zrobić inaczej? To jedyny sposób, aby dziewczyny utrzymały zatrudnienie" - tłumaczy Stephanie Klee, przewodnicząca związków zawodowych niemieckich prostytutek.
>>>Burdelmamą chce zostać nawet Scarlett Johansson
W Republice Federalnej z usług seksualnych żyje około 400 tysięcy kobiet. W zeszłym roku, gdy trwała jeszcze prosperity, dostarczały on w postaci podatków blisko 20 mld euro rocznie do budżetu państwa.
Aby zasilic panstwowa kase,proponuje zelegalizowac burdele-czyli agencje towarzyskie- tez w Polsce ! Moze fiskus nie trafi jak w Niemczech 20 mld Euro,ale pareset milionow napewno !