Kiedy klika miesięcy temu Sarkozy wygrał wybory prezydenckie, od razu pojechał opalać się na jacht pewnego milionera. A jego kolejny urlop też trafił na czołówki gazet. Bo wakacje w USA, to nie tylko wstyd dla francuskiej riwiery porzuconej przez prezydenta. To także wyraźny wyraz sympatii politycznych. A przecież Ameryka nie jest zbyt lubiana we Francji.
A kiedy prezydent Francji mówi, że jest z dumny z nazywania "Amerykaninem", to Francuzi mogą się poczuć mocno zaniepokojeni. Sarkozy twierdzi, że u Amerykanów najbardziej lubi ich zaradność i to, że polegają na sobie, a nie czekają na pomoc państwa.
Francuscy prezydenci spędzają wakacje zazwyczaj w rządowej rezydencji w Prowansji niedaleko Riwiery. A Sarkozy wolał Wolfeboro nad jeziorem Winnipesaukee w stanie New Hampshire. I jak przystało na wakacje Sarkozy'ego jest luksusowo. Mieszka w domu z 11 łazienkami, ma prywatną plażę i płaci za to wszystko 30 tysięcy dolarów tygodniowo.
I nie dość, że wybrał USA i znów pławi się w luksusie, to jeszcze pokazuje coś, co francuscy prezydenci zawsze skrzętnie skrywali. Chodzi w szortach, odsłaniając prezydenckie łydki! Jego poprzednicy uważali, że to uwłacza godności najwyższego we Francji urzędu.