O tym, jak złudny może być dyplom polskiej uczelni, przekonał się niedawno Robert Żelewski z firmy Animex, który szukał młodego marketingowca. "Na rozmowę zaprosiłem absolwenta zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Skończył studia z wyróżnieniem" - mówi DZIENNIKOWI. "Ale już po kilku minutach okazało się, że jego wiedza to za mało. On po prostu nie potrafił nawet formułować myśli, brakowało mu kreatywności, a angielski wcale nie był na wysokim poziomie".
"Tak niestety bardzo często wyglądają rozmowy o pracę" - mówią DZIENNIKOWI inni menedżerowie. Dla nich kandydat na pracownika nieumiejący sklecić zdania po angielsku i mało komunikatywny to po prostu smutna codzienność. "Podchodzimy z dużym dystansem do prymusów, często okazuje się, że kompletnie nie nadają się do pracy" - dodaje Eliza Panek, rzecznik prasowy Grupy Żywiec.
Studenci skarżą się: nie mamy się tego gdzie nauczyć. "Praca zespołowa? A co to jest?" - mówi Aleksandra, studentka 5. roku marketingu na UW. "Niby czasem pracujemy w grupach, ale to wcale nie znaczy, że uczymy się komunikacji i współpracy. Zazwyczaj każdy i tak dostaje temat i ma go sam opracować w domu" - przekonuje.
Zdaniem pytanych przez DZIENNIK ekspertów polskie uczelnie powinny natychmiast wprowadzić znacznie więcej zajęć praktycznych, bo inaczej ich absolwenci będą mieli problemy ze znalezieniem dobrej pracy. "Oprócz teorii muszą być zajęcia w małych grupach, na których można by rozwiązywać case studies" - radzi uczelniom Izabela Pabich, menedżer ds. rekrutacji w Ernst & Young. Na razie, by być konkurencyjnym, studenci muszą uczyć się samemu. Choćby języków, bo na niewielu uczelniach naprawdę można się ich nauczyć. "W grupie zaawansowanej pani uczyła nas zdań typu <this is a desk>, a jak poprosiliśmy ją o przetłumaczenie fachowego tekstu z biologii, to bezradnie rozłożyła ręce" - wspomina Kamil, ubiegłoroczny absolwent biologii na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim.
Młodzi ludzie mają wybór: albo sami zainwestują w siebie, albo przegrają na starcie. Jedynie część uczelni traktuje poważnie ostrzeżenia rynku. "Gwarantujemy umiejętności naszych absolwentów, ale oczywiście weźmiemy pod uwagę głosy pracodawców" - mówi prof. Maria Szewczyk, prorektor ds. dydaktyki na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Chwała Dziennikowi za aktywność w sprawie edukacji i za dobre chęci. Dziennik robi jednak bardzo powazny błąd koncentrując się niemal wyłącznie na krytyce matury i klucza maturalnego. Sprawa klucza jest bardzo ważna, bo nauka "pod klucz", pod jego wymogi determinuje (przesądza) o całości nauki języka polskiego w szkole sredniej. Redakcja nie zauważa jednak, że punktem wyjścia debaty o edukacji powinno być rozważenie kwestii celów nauczania, rozważenie kwestii jakie powinno być wyposażenie umysłowe absolwenta, co z grubsza powinien on wiedzieć, umieć itp. Ignorowanie tematu cełów nauczania sprawia, że dyskusja o edukacji jest kaleka. Konieczne jest też ustalenie roli humanistyki w nowoczesnym nauczaniu, w kształtowaniu umiejętności myślenia. O tym chciałbym napisac obszerny list do Dziennika, ale jego publikacja to marzenie ściętej głowy. W najlepszym przypadku redakcja (nie inteligentnie) tnie tak, że nie poznaje sie własnego dzieła. Prawo do wypowiadania się mają zaklepane wyłącznie redaktorzy i współpracownicy, nawet jeżeli nie mają dużych kompetencji.