Niech się dzieje, co chce, budżet państwa nie jest z gumy. Pieniędzy w Narodowym Funduszu Zdrowia też z niczego nie przybędzie. Czyli - nie ma mowy o tym, by lekarze czy pielęgniarki dostali w tym roku jakiekolwiek podwyżki pensji. Oświadczył to na specjalnie zwołanej konferencji prasowej minister zdrowia Zbigniew Religa.
Pod koniec roku Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy zagroził strajkiem, jeśli podwyżek nie będzie. Chce 5 tys. zł brutto dla lekarzy bez specjalizacji (ok. 3,2 tys. zł na rękę) i 7,5 tys. zł (ok. 4,9 tys. zł) dla wyspecjalizowanych (np. kardiologów, onkologów, neurochirurgów). Dziś mają oni prawie o połowę mniej.
Jeśli ich żądania nie zostaną spełnione, w maju mają zacząć ogólnopolski protest. Ale właśnie okazało się, że nie ma on najmniejszego sensu, bo ani lekarze, ani pielęgniarki niczego nie wywalczą. Musi im wystarczyć, jak wyliczył resort, że w ubiegłym roku ich pensje wzrosły co najmniej o jedną czwartą: pielęgniarka dostała średnio o 500 zł więcej, lekarz-specjalista o tysiąc złotych.
"Nie mogą na tym ucierpieć pacjenci. A jeżeli pieniądze z NFZ przeznaczylibyśmy na wzrost płac, musielibyśmy ograniczyć wzrost świadczeń. Nie ograniczymy, świadczeń będzie tyle samo, co w 2006 roku. I dlatego nie będzie pieniędzy na podwyżki" - tłumaczy Religa. Zapowiada, że żadnych ustępstw od tego też nie będzie: "Gdyby w maju doszło do płacowych strajków, ministerstwo nie podejmie rozmów z protestującymi, bo nie miałyby one podstawy prawnej".
Czyli pisząc wprost: strajk o podwyżki zostanie uznany za nielegalny. A to oznacza, że ci, którzy przerwą pracę, mogą zostać dyscyplinarnie z niej zwolnieni.