Prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko powiedział, że jego kraj nie godzi się na nierówny podział miast przy organizacji Euro 2012. Chyba z „pięć plus trzy” nici…
Michał Listkiewicz: Słyszałem już nawet, że Euro ma zostać zorganizowane w sześciu polskich miastach i dwóch ukraińskich. A nawet w siedmiu polskich i jednym ukraińskim. Dajmy spokój! UEFA zrobi wszystko, aby podział miast był równy. Oczywiście wysłała sygnał, że nierówny podział jest możliwy, ale nie powiedziała jeszcze, kto konkretnie straci, a kto zyska.

Reklama

To znaczy?
Jeśli na przykład za rok sytuacja na Ukrainie naprawdę będzie zła, to być może rzeczywiście skończy się na „pięć plus trzy”. Równie dobrze jednak i my możemy nie dawać rady. A w mediach już przyjmuje się za pewnik, że większość meczów turnieju zostanie rozegrana w Polsce. Przestańmy lekceważyć Ukrainę. Jesteśmy tak bardzo zakochani w sobie, że nie zauważamy istotnego faktu: w tym roku Ukraina będzie miała trzy śliczne, nowoczesne, w pełni gotowe stadiony. Że mają gorsze hotele? Wiem, jakie są wymogi UEFA Family, ale sponsorom nic się nie stanie, jeśli zamieszkają w dobrych hotelach, a nie w bardzo dobrych.

A sytuacja polityczna na Ukrainie?
Polityka cały czas się zmienia. Jeszcze niedawno Belgia mogła się rozpaść, a dzisiaj razem z Holandią chce organizować mistrzostwa świata. Gdyby kierowano się sytuacją polityczną, to nie byłoby mundialu w RPA. A będzie.

Kryzys gospodarczy?
UEFA reaguje na kryzys ze zrozumieniem. Skoro w Anglii wydatki na obiekty olimpijskie są redukowane o 15 procent, to naturalne, że i w Polsce czy na Ukrainie trzeba zacząć oszczędzać. Może nie na stadionach, a na drogach. I po co budować same pięciogwiazdkowe hotele?

Defraudacje, kradzież funduszy…
Nawet jeśli na Ukrainie dochodziło do jakichś manipulacji, to nie wyciągajmy z tego zbyt pochopnych wniosków. Jak my byśmy się czuli, gdyby prasa ukraińska codziennie pisała, że Polska jest słaba gospodarczo i politycznie, że u nas się kradnie, i że Ukraina będzie miała Euro w sześciu miastach, a my w dwóch? Umowy należy respektować i pod nikim dołków nie kopać. Jeśli Ukraina straci miejsce dla swojego miasta organizatora, to na pewno nie przez nas. Decyzję podejmie UEFA. Ale powtarzam jeszcze raz: „cztery plus cztery” to optymalne wyjście.

Jaki wpływ na decyzję UEFA będzie miał Hryhorij Surkis?
Wiadomo, że to bardzo ważny człowiek we władzach UEFA. Grisza to nietuzinkowa postać, ma duży autorytet, no i ogromne wpływy. Walczył o organizację turnieju i tak łatwo się nie podda. Nie da sobie w kaszę dmuchać. Achmetow i Kołomojski oligarcha z Dniepropietrowska zresztą też.

Kibicuje im pan?
Na tym poziomie fair play też się liczy.

Nie chciałby pan, żeby na przykład Chorzów dostał swoją szansę np. kosztem Lwowa?
Chciałbym tylko, aby Polacy skończyli z tym tonem mentora. Kojarzymy Ukrainę z kolejkami na granicy, dziurami w drogach, sprzątaczkami, które u nas pracują i myślimy, że tam tylko gorzała się leje. A prawda jest taka, że Ukraina to uśpiony tygrys, ma ogromny potencjał. Pamiętajmy, że dla UEFA liczy się głównie wielkość rynku. Poza tym jak jakiś działacz z Zachodu przejdzie się latem po Kijowie czy Odessie, to zobaczy mnóstwo normalnie ubranych ludzi, a nie białe niedźwiedzie. Ukrainki też przyciągają. Są dumne i wykształcone. Życzyłbym sobie, aby polskie hostessy na Euro reprezentowały taki poziom.

A co z Niemcami? To prawda, że mecze Euro 2012 mogą być rozgrywane również w Lipsku?
Gdyby UEFA chciała, to by i cały turniej powierzyła Niemcom. Ale nie chce. Były już pogłoski, że Euro 2012 odbędzie się we Włoszech, potem, że w Szkocji, więc i Niemcy musiały pojawić się na horyzoncie.

Franz Beckenbauer podobno jest gotowy zdjąć z nas ten ciężar.
Znam go. Nawet jeśli tak powiedział, to z sympatii, aby nas zdopingować. Rozmawiałem z nim w Nowej Zelandii. Bardzo lubi Polskę, pytał się, co warto u nas zwiedzić. Niczego nie robiłby po złości. To nie ten typ.

Na czym musimy się skupić, żeby przypadkiem nie skończyło się na „trzy plus pięć”?
Poprawić klimat między rządem, spółką PL 2012 a PZPN. Trzeba zacząć grać w tych samych koszulkach. W 2011 roku będzie tyle roboty, że bliższa współpraca stanie się nieunikniona.

Pan całkowicie usunie się w cień?
Wkrótce ma powstać nowa spółka pod szyldem PZPN. Mam nadzieję, że się w niej znajdę. A na razie jestem na częściowej emeryturze, chodzę z żoną do kina, nadrabiam zaległości w lekturach. Sam chciałem się nieco wycofać i nie mam do nikogo żalu. A już na pewno nie do Grześka Laty. Po tym jak mnie potraktował, mogę każdemu życzyć takiego prezesa.