Estádio da Luz, czyli słynny Stadion Światła w Lizbonie to największa pamiątka po Euro 2004 w Portugalii. Przebudowa tego giganta - zdolnego pomieścić ponad 120 tysięcy widzów - by spełniał wymogi UEFA, kosztowała budżet państwa ponad 130 milionów dolarów. Jak obliczają eksperci, nadal jeszcze się nie zwróciła.

Reklama

Dla porówniania - jedna z głównych aren Euro 2012, czyli warszawski Stadion Narodowy, według zaakceptowanego kilka dni temu przetargu ma kosztować około 300 milionów dolarów. A to i tak jedynie niewieli ułamek wydatków, które musimy ponieść w związku z organizacją mistrzostw. Według ministerstwa sportu mogą one sięgnąć nawet 95 mld złotych.

Eksperci nie mają złudzeń: "Szansa na to, że zwrócą się dzięki organizacji turnieju jest nikła" - twierdzi dr Egbert Oldenboom z holenderskiego instytutu badawczego Meerwaarde Sport en Economie, który tuż po zakończeniu zorganizowanego przez Belgię i Holandię Euro 2000 podliczył zyski organizatorów.

Okazało się, że Holandia zarobiła na czysto zaledwie 12 milionów euro, zaś Belgia jedynie 5,3 mln euro. Ale to i tak nieźle - turniej w krajach Beneluksu był pierwszym w 40 - letniej historii piłkarskich mistrzostw Europy, który okazał się dochodowy. Dla porównania - na poprzednich mistrzostwach zorganizowanych w 1996 r. na boiskach Anglii brytyjski rząd stracił aż 130 mln funtów.

"Do 2000 roku Euro przynosiło wyłącznie straty państwom organizującym tę imprezę" - mówi Nicolas Cornu z Królewskiej Federacji Piłki Nożnej w Belgii. "Udało nam się zarobić głównie dlatego, że mieliśmy naprawdę niezłą bazę sportową, w którą nie trzeba było zbyt dużo inwestować" - dodaje.

Ale Belgia i Holandia zawdzięczają swój sukces również tłumom kibiców, którzy przyjechali na mistrzostwa wykupując aż 1,2 mln biletów.

I to właśnie kibice - jak zgodnie twierdzą eksperci - mają największy wpływ na ekonomiczny sukces lub klapę Euro. "Kluczowe jest to, jak przyjmie ich wasz kraj" - twierdzi Marc Stickdorn, wykładowca Management Center of Innsbruck w Austrii, która była gospodarzem ostatnich mistrzostw Europy w 2008 r. "Musicie więc przygotować odpowiednią ilość miejsc w hotelach i motelach, a także pola namiotowe dla tych, którzy na bilet wstępu na stadion wydali ostatnie oszczędności. Z kolei ci, którzy nie zdobędą wejściówki muszą mieć możliwość obejrzenia rozgrywek na telebimach" - radzi Stickdorn, który opracował szczegółową analizę zysków, jakie osiągnęła Austria dzięki Euro 2008.

Zdaniem eksperta Dodatkowa szansa zarobku to przygotowanie dla kibiców innych rozrywek niż tylko sportowe, by jak najdłużej zatrzymać ich w Polsce. Stickdorn wie o czym mówi, bo . Wynika z nich, że Austria zarobiła na czysto na tej imprezie aż 287 milionów euro, z czego lwia część pochodziła od 1,2 miliona kibiców i turystów których przyciągnęły mistrzostwa.

Jak wielkim plusem dla państwa i turystyki może być Euro widać na przykładzie Portugalii. choć same państwo zainwestowało w mistrzostwa ogromną sumę 4 mld euro, to dzięki im imprezie znacząco przybyło odwiedzających je obcokrajowców. Tylko na same mistrzostw przyjechało ich blisko 500 tysięcy i każdy wydał średnio 1327 euro. Efekt: do 2004 roku Portugalia na turystyce zarabiał 180 mln euro rocznie, po mistrzostwach jej zyski wzrosły dwukrotnie. "Pokażcie co macie najlepszego w Polsce, a do was też potem wrócą już niekoniecznie jako kibice, a jako zwykli turyści" - podkreśla Stickdorn.

Po dwóch latach od przyznania Polsce prawa do współorganizacji Euro ani Ministerstwo Sportu, ani PZPN, ani spółka PL.2012 nie dysponują szczegółowym raportem na temat zysk i strat jakie oraganizacja Euro przyniosła ich poprzednim gospodarzom. Taki raport przygotwał "Dziennik" i jak się okazuje organizacja mistrzostw pod względem biznesowym to bardzo delikatna sprawa.

Warszawa

Stolica Polski może być pewna, że nikt jej nie zabierze mistrzostw. Przygotowania do Euro 2012 powinny więc przebiegać sprawnie i planowo. Stadion Narodowy ma powstać na czas, czyli w czerwcu 2011 roku. Ale co z innymi inwestycjami? Czy stolica zyska na mistrzostwach tyle co inne miasta? Tu pojawiają się wątpliwości. Szansa, żeby przy okazji mistrzostw Europy udało się poprawić infrastrukturę w Warszawie, została już zaprzepaszczona.

Zaraz po przyznaniu nam Euro głośno mówiło się, że na nowy stadion, który powstaje na Pradze, kibice dojadą drugą linią metra. Teraz już wiadomo, że nic z tych planów nie wyjdzie. Władze miasta nie budują metra, bo nie muszą. Warszawa jest w tej szczęśliwej sytuacji, że z Dworca Centralnego na stadion jest tylko 2,5 km. Dla kibiców to idealna trasa na wspólny przemarsz. Centrum miasta zostanie wyłączone z ruchu, więc na Narodowy będzie można sobie spokojnie dojść z butelką piwa w ręku - tak jak w większości miast na świecie przy okazji tego typu imprez. A kto nie będzie mógł, dojedzie pod stadion tramwajem lub pociągiem.

Berlin z okazji mistrzostw świata w 2006 r. wybudował najnowocześniejszy dworzec kolejowy w Europie. W Warszawie nie ma takich planów. Dojdzie tylko do "liftingu" Centralnego. Dworzec ma być wysprzątany, wyszorowany i pozbawiony przykrych zapachów. Trochę lepiej ma wyglądać warszawskie lotnisko Okęcie, które po otwarciu Terminalu II spełnia wymogi UEFA. Stolica już dziś dysponuje wymaganą liczbą miejsc hotelowych, więc nawet jeśli do 2012 r. nie powstałby żaden hotel, nie stanie się nic złego.

Gotowy ma być na mistrzostwa również brakujący odcinek autostrady A2 od strony podłódzkiego Strykowa - choć 94-kilometrowa część trasy zostanie oddana do użytku z opóźnieniem. Ale już o obwodnicy z prawdziwego zdarzenia Warszawa nie ma co marzyć w najbliższych latach. Niezwykle potrzebna stolicy inwestycja na pewno nie będzie gotowa przed 2012 rokiem.

Trochę więc szkoda, że UEFA nie wywierała na Warszawę takiej presji jak na inne miasta. Wtedy być może mieszkańcy zyskaliby dzięki tej imprezie dużo więcej. A tak rozkopane ulice będą straszyć w mieście jeszcze wiele lat po zakończeniu mistrzostw.

Poznań

Lider przygotowań, ale tylko na samym początku - w połowie 2007 r. Wtedy stolica Wielkopolski miała się czym pochwalić. Stadion był w trakcie rozbudowy, a przez miasto przebiegała autostrada. Minęły dwa lata i Poznaniowi zamiast przybywać atutów, ubywa ich. Bo jak inaczej zrozumieć krytykę ekspertów UEFA? Do żadnego polskiego miasta nie mieli oni tylu zastrzeżeń co do Poznania. Federacja skrytykowała fatalny stan dróg dojazdowych wokół miasta, stadion z przeciekającym dachem i zbyt stromymi trybunami, których część na dodatek trzeba było wyburzyć, bo źle się na siebie nakładały. Baza hotelowa w mieście też jest dużo gorsza niż w Warszawie, Krakowie i Trójmieście.

Dlaczego tych niedociągnięć nie udało się ukryć przed inspektorami? W Poznaniu nikt nie ma wątpliwości: przeciwko ich miastu toczy się brudna gra polityczna. W kuluarach stadionu Lecha można usłyszeć wiele burzliwych rozmów na ten temat. W klubie wszyscy już się pogodzili z faktem, że stadion budują nie na Euro, ale dla drużyny popularnego Kolejorza i jego kibiców. W mieście padają nawet nazwiska wrogów Wielkopolski - premier Donald Tusk i jego zastępca Grzegorz Schetyna kosztem Poznania mieliby popierać Gdańsk i Wrocław.

Rząd oskarżany jest również o wstrzymanie dotacji na budowę drogi krajowej numer 5, która połączy Poznań z Wrocławiem. Zbyt wolny postęp prac przy "piątce" to jeden z głównych zarzutów europejskiej federacji piłkarskiej. Co ciekawe, sekretarza generalnego UEFA Davida Taylora podczas jego niedawnej wizyty w Polsce na Dolny Śląsk postanowiono przewieźć z Wielkopolski samochodem. Oczywiście podczas podróży utknął w korku, co wcale mu się nie spodobało.

W tej sytuacji mistrzostwa dla Poznania za wszelką cenę próbują ratować mieszkańcy - np. w ostatni weekend zbierali głosy poparcia, które trafią do ministra sportu Mirosława Drzewieckiego. Podobno miasto poprosiło też Zbigniewa Bońka, by lobbował za Poznaniem w UEFA. Jest jednak bardzo prawdopodobne, że na ratunek jest już za późno.

Kraków: Zbyt atrakcyjny, żeby stracić mistrzostwa

Największy wygrany ostatnich dwóch lat. Z niewiadomych przyczyn (opieszałość działaczy?) miasto zostało zgłoszone do UEFA jedynie jako rezerwowe. Teraz Kraków jest już pewny mistrzostw, a za sukces może podziękować dawnym budowniczym, którzy uczynili z miasta architektoniczną perełkę na światową skalę. To dlatego VIP-y z UEFA nie wyobrażały sobie Euro 2012 bez stolicy Małopolski. O tym, jak atrakcyjne jest to miejsce dla piłkarskich działaczy, świadczy zachowanie piłkarskiej drużyny San Marino, która niedawno zmierzyła się w Kielcach z Polską w ramach eliminacji do mistrzostw świata w RPA. Goście z tego państwa zgodzili się grać w jakimkolwiek polskim mieście, byleby tylko leżało ono blisko Krakowa. Działacze z San Marino jeszcze przed meczem wybrali się na wycieczkę do dawnej stolicy Rzeczypospolitej.

Taka jest właśnie prawda o wielkich imprezach piłkarskich. Miasta mało atrakcyjne nie są mile widziane jako organizatorzy. A Kraków dla UEFA jest miastem pod każdym względem perfekcyjnym. Lotnisko spełnia wszystkie wymagania, miejsc noclegowych jest tam więcej, niż będą potrzebować kibice, podobnie jak pubów i restauracji. Na dodatek stadion Wisły będzie gotowy już w 2010 r. i nikomu w UEFA nie przeszkadza, że zasiądzie na nim niewiele ponad 30 tys. widzów. "Jednym z kryteriów UEFA jest atrakcyjność turystyczna. Jakość oferty dla VIP-ów jest naprawdę bardzo ważna" - tłumaczy Michał Listkiewicz, były prezes PZPN, a dziś działacz UEFA.

Wrocław: Wicepremier kluczem do sukcesu

W czym Wrocław jest lepszy od Poznania? Na pewno nie pod względem infrastruktury. Ma jednak silniejsze zaplecze polityczne. A to przy wyrównanych szansach może przeważyć szalę na stronę miasta z Dolnego Śląska. Wtajemniczeni mówią, że Wrocław już może szykować się do organizacji meczów o mistrzostwo Europy. Zygmunt Solorz nigdy nie zdecydowałby się na wyłożenie olbrzymich pieniędzy w sponsorowanie piłkarzy tamtejszego Śląska, gdyby nie miał gwarancji, że we Wrocławiu będzie Euro. Wpływowy wicepremier Grzegorz Schetyna, który mieszka w stolicy Dolnego Śląska, też nigdy nie pogodziłby się z porażką swego miasta.

We Wrocławiu wiedzą też, że nie tylko drogi i lotniska decydują o tym, gdzie trafią mistrzostwa. Zdają sobie sprawę, że UEFA utrzymuje się z pieniędzy swoich VIP-ów i potrzebuje dla nich atrakcyjnych miejsc noclegowych. Miasto ma ich w tej chwili 1300 - czyli o połowę za mało. Brakujące miejsca zorganizowano więc w zamkach i pałacach Dolnego Śląska. Pomysł na spanie w "pięciogwiazdkowych" zabytkach strasznie spodobał się działaczom UEFA. Zaraz został też podchwycony przez "konkurencję", bo Chorzów też uzupełnił swoją ofertę o górnośląskie zameczki i pałacyki.

Te atuty powinny zadecydować o wyborze Wrocławia, mimo że prace przy budowie stadionu dopiero się tam rozpoczęły. "Wszystkie zadania będę zrealizowane. Jestem pewien, że mecze odbędą się we Wrocławiu" - twierdzi prezydent miasta Rafał Dutkiewicz. Pewnie wie, co mówi.

Chorzów: Tradycja to za mało

Jako jedyne miasto postawił na promocję sportową. Za Stadionem Śląskim lobbują ludzie, którzy przeszli do historii polskiej piłki. Grzegorz Lato chwali Chorzów przy każdej nadarzającej się okazji, bo zdaje sobie sprawę, że prezesem PZPN został głównie dzięki głosom delegatów z Górnego Śląska. Swój rodzinny region wspierają też takie sławy jak Antoni Piechniczek, Henryk Kasperczak czy Gerard Cieślik. Przekonują cały kraj, że Stadion Śląski ze względu na swoją historię musi być organizatorem mistrzostw.

W legendę Kotła Czarownic nikt nie wątpi. Trudno jednak będzie przekonać UEFA, że Śląski jest nowoczesnym obiektem, a Chorzów miastem, w którym kibice mogą się zrelaksować. Główny zarzut wobec wybudowanego w latach 50. XX stulecia stadionu jest taki, że trybuny są za daleko odsunięte od boiska, co utrudnia widoczność. A wobec miasta - że jest mało atrakcyjne turystycznie. Co prawda w 2006 r. Niemcy gościli kibiców w przemysłowych miastach Zagłębia Ruhry - Dortmundzie i Gelsenkirchen, ale tam mecze odbywały się na 12, a nie tylko na czterech stadionach. "Euro to gra polityczna, a my mamy najmniejsze poparcie" - przyznał ostatnio Antoni Piechniczek. Słynny trener, a obecnie senator PO, powoli godzi się z myślą, że na Śląsku nie będzie mistrzostw. Prawda jest jednak taka, że poza tradycją, jego region nie ma za wiele do zaoferowania "Rodzinie UEFA".

Gdańsk: Zachwyt UEFA nad miastem "Solidarności"

Chaszcze wykoszone, fundamenty wylane, więc w końcu Gdańsk nie ma się czego wstydzić. Jeśli miasto na czas wybuduje stadion, to na pewno przyjazd na Wybrzeże w czasie Euro 2012 będzie czystą przyjemnością. Tym bardziej że projekt Baltic Areny prezentuje się najbardziej atrakcyjnie ze wszystkich polskich stadionów budowanych na mistrzostwa.

Do tego UEFA wprost zachwyciła się miastem. Poza stadionem Gdańsk ma już wszystko, co potrzeba do zorganizowania imprezy. Miejsc noclegowych w Trójmieście jest nawet więcej, niż potrzeba. Hoteli cztero- i pięciogwiazdkowych dla VIP-ów też.

Ogromnym atutem Gdańska - kto wie, czy nieprzesądzającym - są ludzie. Oprócz premiera za miastem na pewno lobbuje Marcin Herra, szef spółki PL.2012, który również pochodzi ze stolicy Pomorza. Każdy kojarzy z Gdańskiem również Lecha Wałęsę, kolejnego ważnego dla UEFA człowieka. Władze europejskiej piłki wymarzyły sobie bowiem, że to były przywódca "Solidarności" będzie gościem honorowym losowania grup Euro 2012.

Problemem Trójmiasta jest droga, a właściwie jej brak - autostrada A1, która ma połączyć Pomorze z południem kraju powstaje bardzo wolno. Rząd zapewnia jednak, że do 2012 zostanie ona ukończona niemal w całości. Znacznie szybciej między Warszawą a Gdańskiem mają jeździć pociągi, które obecnie z powodu remontów pokonują tę trasę prawie pięć godzin.