– Nie pozwolimy, aby wykonawcy, wstrzymując roboty, wymuszali na państwie polskim większe pieniądze – mówił premier Tusk, komentując budowę Stadionu Narodowego.

Reklama

Bardzo ostro w swojej wypowiedzi potraktował austriackich budowlańców: – Okazuje się, że fuszerkę potrafią odstawić także firmy niemieckie czy austriackie. Dzisiaj już widzimy, że czasami Polacy potrafią wykonać coś lepiej, taniej i solidniej niż najbardziej renomowani partnerzy – mówił.

A chwilę później zwołał spotkanie w trybie nagłym z ministrem sportu Adamem Gierszem, szefem Narodowego Centrum Sportu Rafałem Kaplerem i prezesem PL.2012 Marcinem Herrą. Zażądał od nich wyjaśnień. Na Facebooku kancelaria premiera poinformowała, że „premier zobowiązał ich do podjęcia niezbędnych działań, które zagwarantują szybką realizację inwestycji”.

Jak wynika z naszych informacji, Donald Tusk miał pretensje, że o sprawie dowiedział się tak późno. – Tak naprawdę to nie było to ultimatum tylko dla Alpine. Wszyscy dostali dwa tygodnie na przedstawienie realnego planu i ocenę, czy i w jaki sposób można skończyć prace przez najbliższe trzy miesiące – mówi nam osoba zbliżona do jednej z rządowych spółek odpowiadających za Euro 2012.

Coraz bardziej prawdopodobny staje się scenariusz, w którym Narodowe Centrum Sportu (NCS) zrywa umowę z Alpine, a budowę przejmuje druga firma z konsorcjum. Z naszych informacji wynika, że chodzi o Hydrobudowę. Zdaniem kierownictwa NCS tylko taki wariant gwarantuje szybkie ukończenie budowy. W tej sytuacji z placu budowy miałaby zniknąć część słabszych podwykonawców zatrudnionych przez Alpine. Jak ustaliliśmy, w rozmowach strony rządowej z budowlańcami była mowa o zakończeniu inwestycji w terminie „późnojesiennym”.

– Samo przejęcie budowy od Alpine oznacza długotrwałą, kilkutygodniową inwentaryzację. A to oznacza kolejne opóźnienie – uważa prawnik, który specjalizuje się w prawie budowlanym i doradza firmom.

Według niego absolutnie nie jest możliwe, aby jakakolwiek firma przed przejęciem placu budowy zrezygnowała z przeprowadzenia tej procedury. Później skutkowałoby to finansowymi sporami z inwestorem.

Z informacji „DGP” wynika, że do Polski przyjechali w trybie pilnym przedstawiciele zarządu austriackiego koncernu. Na miejscu mają zbadać ewentualne zaniedbania ich firmy, a także wziąć udział w negocjacjach z Narodowym Centrum Sportu. – NCS powinno bardzo chłodno ocenić sytuację, bez PR-owskich zagrywek i emocji. Ewentualny późniejszy proces z firmą, która niesłusznie zostanie wyrzucona z placu budowy, skutkowałby ogromnym odszkodowaniem – ostrzega poseł i były minister infrastruktury Jerzy Polaczek.