Od pewnego momentu z przykrością zauważam, że kibice reprezentacji Polski wcale nie przychodzą na mecz kibicować. Ok, ubierają się w biało-czerwone koszulki, noszą szaliki z napisem „Polska”, malują sobie flagi na policzkach, ale gdy przychodzi im swym dopingiem ponieść drużynę do zwycięstwa, zawodzą.

Reklama

I tak było w meczu otwarcia Euro 2012. Przed meczem kibice dobrze się bawili. Potrafili ryknąć i dodać naszym otuchy w trakcie rozgrzewki. Gdy piłkarze wychodzili na mecz, również zachowali się wzorowo. Gdy Robert Lewandowski strzelił bramkę na 1-0, było wręcz cudownie. Ale potem doping siadł. A wraz z nim gra naszej reprezentacji…

Można zrozumieć takie zachowanie w sparingu z Andorą lub innym przeciwnikiem marnej klasy. Jednak w meczu otwarcia Euro 2012, na który każdy piłkarski kibic czekał tyle czasu, aż z przykrością patrzy się na kibiców, którzy milczą, gdy ich drużyna jest w potrzebie.

Osobiście jestem przekonany, że gdyby udało się utrzymać atmosferę i doping z pierwszych 20 minut meczu, to ten mecz spokojnie byśmy wygrali, być może nawet trzema bramkami różnicy. Jednak kibice nie potrafili lub nie chcieli wspierać swojej reprezentacji w momencie, gdy najbardziej tego potrzebowała.

I czy w takiej sytuacji można w ogóle nazwać kibicem, kogoś, kto nie kibicuje i nie wspiera swojej drużyny dopingiem? Taką osobę można nazwać widzem albo fanem, ale na miano kibica musi sobie jeszcze zasłużyć. Sam szalik, biało-czerwona koszulka i bilet na mecz to zdecydowanie za mało.