W wywiadzie przeprowadzonym przez PAP padło pytanie, czy "Dźwięczność" - tak jak zapowiadano wcześniej - to ostatnia płyta Voo Voo.
"To miało być pożegnanie"
"Miałem zamiar już nie nagrywać więcej albumów. Taką decyzję podjąłem jeszcze w 2024 r., żeby jeśli już, to nagrywać single, piosenki na Spotify, jak większość muzyków. Płyty się nie sprzedają. Wiele zespołów wydaje muzykę na winylach, które następnie sprzedają na koncertach, kompaktów jest coraz mniej. Nagraliśmy tych płyt bez liku, sam nie wiem, ile dokładnie. Mamy własną publiczność, którą w dodatku tworzą przedstawiciele różnych pokoleń. Czasami wracamy do starszych rzeczy, czasem gramy nawet całe albumy. Fajnie się to gra - tym bardziej, że improwizujemy. Nie czułem więc potrzeby rozszerzania repertuaru"- powiedział Wojciech Waglewski.
Waglewski: chodzi o to, żeby się nie przejmować
"Była sugestia, by »Dźwięczność« nie była tytułem, żeby w ogóle ukazała się osobno. Zaczynałem od bardzo mocnych, emocjonalnych tekstów. Całe przygotowanie moje do tej płyty polegało na tym, by nabrały optymizmu, żeby pozbyć się złych emocji. Chciałem, by była płytą apelującą o docenienie tej chwili, w której żyjemy. Co, oczywiście, jest bezpośrednio związane ze śmiercią. Ale chodzi o pochwałę życia, otulinę. Pozwala na chwilę uciec od tego, co dzieje się na zewnątrz, nie przejmować się tym" - tłumaczy Wojciech Waglewski.
Wojciech Waglewski spełnił życzenie żony
"Piosenka »Dźwięczność« została napisana w zasadzie jako pożegnanie z nagraniami studyjnymi. Ukazała się w maju ubiegłego roku pod wpływem sugestii mojej żony, która chciała, żebym zagrał na gitarze prawdziwe solo, jak normalny człowiek, a nie te moje dziwactwa. Taka piosenka nieco w stylu „wychowani na Trójce”, a nigdy za taką muzyką nie przepadałem. Podszedłem do tego z dystansem, ale to się zmieniło. Żona wysłuchała utworu, zaakceptowała. A po niedługim czasie zmarła, wszystko się wywróciło. Wszystko to nabrało zupełnie innego znaczenia, prawie jak requiem. W nas wszystkich spowodowało to chęć, by raz jeszcze wejść do studia. Nazbierało się mnóstwo w ciągu miesiąca. Nagraliśmy tę płytę w wyjątkowych okolicznościach, chyba pierwszy raz robiliśmy próby, napracowaliśmy się. Wspólnotowa rzecz z tego wyszła, nie ma popisów, solówek, jest to rzecz zespołowa. W dodatku nagrana w studiu, w którym nie nagrywaliśmy od kilkudziesięciu lat. Wszystko przebiegło w bardzo przyjacielskiej, wspólnotowej atmosferze" - powiedział PAP Waglewski.
Wojciech Waglewski o koncertach
"Dzielę koncerty na widowiska i koncerty. Widowisko to zdarzenie na stadionie, ogląda się artystów na telebimie, robi się zdjęcie na pamiątkę, pije się sporo piwa, żeby wytrzymać sześć godzin festiwalowego dnia. Moim zdaniem człowiek nie przyjmie za jednym podejściem więcej niż trzy godziny muzyki. Koncert to coś innego, to zdarzenie muzyczne. To zupełnie inny odbiór muzyki i relacji z ludźmi. Najbardziej lubię grać w małych klubach, ale czasami trzeba też zagrać na festiwalu. Forma telebimowa zawsze będzie popularna. Jakiś czas temu chciałem pojechać do Niemiec na koncert Petera Gabriela, zadzwoniłem do mieszkających w Berlinie znajomych, żeby spytać, czy by nie poszli, a oni popukali się w głowy: koncert na stadionie? Oszalałeś? Potem sobie pomyślałem, że w sumie mają rację, co ja bym tam robił? Stał i patrzył na telebim?" - powiedział Wojciech Waglewski.