"Uważam te wyniki za prawdziwą prowokację wobec kongijskiego ludu. I w rezultacie uważam od dzisiaj, że to ja jestem wybranym prezydentem Demokratycznej Republiki Konga" - powiedział 72-letni Tshisekedi w radiu RFI.

Reklama

W wyborach z 28 listopada na tego głównego rywala Kabili oddano według komisji wyborczej 32,33 proc. głosów.

"To wynik całkowicie nie do przyjęcia. Popatrzcie na Kinszasę i na resztę kraju, żeby przekonać się, ilu ludzi nie zgadza się z tymi wynikami. Ludność jest w pełni zdezorientowana" - powiedział Reuterowi w kilka minut po ogłoszeniu wyników Alexis Mutanda, szef kampanii wyborczej Tshisekediego.

Według świadków nad Kinszasą, gdzie zawczasu - już we wtorek - rozmieszczono oddziały policji, w różnych miejscach unosiły się kłęby czarnego dymu, a w innych częściach zaczęto świętować zwycięstwo Kabili.

Wynik wyborów prezydenckich musi być jeszcze uznany 17 grudnia przez Sąd Najwyższy Demokratycznej Republiki Kongo.

Reklama

Kongijczycy narzekają na gigantyczną korupcję i powolny rozwój kraju, który jest najbogatszym w surowce państwem w Afryce. Mimo bogactw naturalnych, w DRK zaledwie niecałe 25 proc. z 69 milionów obywateli ma dostęp do wody pitnej, a tylko 10 proc. ma dostęp do elektryczności. W kraju, którego powierzchnia jest większa niż dwie trzecie Europy, z Kinszasy drogą można dojechać jedynie do czterech głównych miast kraju.

Reklama



W historii Demokratycznej Republiki Konga listopadowe wybory były drugimi wyborami prezydenckimi od czasu zakończonej w 2003 roku wojny, w której w ciągu pięciu lat zginęło prawie 5 mln ludzi.

W rejonie Kivu armia Kabili nadal walczy z grupami rebelianckimi, które przegrały poprzednie wybory. Miliony ludzi z tego regionu opuściły swoje domy, a tysiące zginęły.

Trwają również walki o ziemię i dostęp do cennych surowców - diamentów, kobaltu i koltanu, wykorzystywanych w produkcji kondensatorów do urządzeń elektronicznych (telefonów komórkowych i komputerów), sprzętu zbrojeniowego i kosmicznego oraz aparatury chemicznej.