DGP: Jednym z filarów najnowszej reformy odpadowej ma być tymczasowe, dwuletnie zniesienie zakazu składowania odpadów kalorycznych. Dlaczego wracamy do systemu sprzed czterech lat i cofamy reformę, która miała rozwinąć recykling, co – jak widzimy dzisiaj – nie przyniosło oczekiwanych rezultatów?

Reklama

Jacek Ozdoba: Musimy zrobić restart systemu, wprowadzone ostatnio zmiany nie przyniosły zakładanego efektu. Wieloletnie zaniedbania doprowadziły do tego, iż system nie był gotowy, teraz musimy odpowiedzialnie działać, nadrobić zaległości. Oczekiwania i wyzwania są duże. Nie możemy akceptować sytuacji, w której jedyną dopuszczalną prawnie metodą zagospodarowania odpadów jest ich przekształcanie w spalarniach lub cementowniach. Tych pierwszych brakuje, a te drugie są w rękach kapitału zagranicznego i nie byłoby rozsądnie opierać całej gospodarki komunalnej na warunkach, które dyktowałby prywatny biznes. Efekt jest taki, że miliony ton odpadów znikają dziś w systemie i zalegają w nielegalnych miejscach.

Czy resort ma szacunki, jakie są to ilości? Niektórzy podają, że jest to 20 mln ton. Inni mówią nawet o 40 mln ton.

Szacunki rzeczywiście są różne i nieprecyzyjne, a brak pełnych danych o rynku i kreatywne podejście niektórych podmiotów do klasyfikacji odpadów jest realnym problemem w skali kraju. Chcemy ukrócić tę wolną amerykankę, bo dane, którymi dysponujemy, były przez lata oparte o fikcję.

W jaki sposób resort chce to zmienić?

Dopuszczając składowanie, zapewnimy alternatywną metodę, która pozwoli samorządom i firmom legalnie zagospodarować odpady. Jesteśmy już po inwentaryzacji składowisk i wiemy, że mamy jeszcze wolne miejsca, gdzie frakcje kaloryczne będą mogły trafić po niższych kosztach, niż samorządy płacą obecnie. Wzrost kosztów zatrzyma także ustabilizowanie opłaty marszałkowskiej na obecnym poziomie. Wstępnie rozważamy także możliwości jej obniżenia. Oczywiście nie jest to jedyne narzędzie, które chcemy wdrożyć. Planujemy też wydłużyć z roku do trzech lat okres dopuszczalnego magazynowania. To zmiana, którą chcemy wdrożyć bezterminowo. Na pewno podniesiemy stawkę maksymalną za odpady z nieruchomości niezamieszkanych, które są dziś niewspółmiernie niskie do tych uiszczanych przez mieszkańców. Nie może być tak, by to mieszkańcy dopłacali do odpadów z galerii handlowych. Najważniejsze jest obecnie zniesienie czynników kosztotwórczych i wyeliminowanie patologii. Liczymy, że te regulacje pozwolą uporządkować rynek w możliwie krótkim czasie.

Propozycja zniesienia zakazu składowania podzieliła branżę: część dostrzega w tym urealnienie sytuacji na rynku. Inni podkreślają, że dwa lata to za mało, by powstały nowe instalacje, które pozwoliłyby zagospodarować problematyczne frakcje, tak jak życzyłby sobie tego resort.

Liczę, że taka sytuacja się nie wydarzy co najmniej z kilku powodów. Po pierwsze, dwie instalacje termicznego przekształcania odpadów w Olsztynie i Gdańsku zostaną w tym czasie oddane do użytku, co już pozwoli na zagospodarowanie części nadmiaru frakcji. Równolegle planujemy zwiększyć moce już działających instalacji o ponad 200 tys. ton. To tak, jakbyśmy włączyli do systemu nową dużą instalację, nie ponosząc na ten cel kosztów. Chcemy też odblokować możliwość wysyłania odpadów palnych za granicę, do spalarni funkcjonujących w innych krajach. Analizujemy również możliwości wykorzystania paliwa alternatywnego pochodzącego z odpadów w lokalnych ciepłowniach, które i tak w nadchodzących latach będą musiały zostać zmodernizowane i przystosowane do wymogów stawianych przez unijne dyrektywy.

Elektrociepłowni jest w Polsce ponad 400. Trudno sobie wyobrazić, by wszystkie miały zostać przystosowane do spalania paliwa alternatywnego. Jakimi kryteriami resort będzie się więc kierował, wybierając instalacje?

Największy problem mają dziś nieduże ciepłownie zasilane węglem. Wykorzystanie innego źródła zasilania dla kotłów w ciepłownictwie w przypadku opadów jest o tyle bardziej wymagające, że trzeba spełnić bardzo wymagające normy środowiskowe. Te najmniejsze instalacje mogą mieć problem z uwagi na sensowność finansową budowy dodatkowego kotła, ale większe ciepłownie – już nie. Musimy zdawać sobie sprawę, że duże ciepłownie powiatowe muszą szukać nowych źródeł zasilania, nie mogą trzymać się kurczowo węgla, choć – co zaznaczę – opcja polityczna, z której się wywodzę, dość chłodno odnosi się do handlu uprawnieniami do emisji, który wpływa na koszty działania takich zakładów.

Jak wygląda sytuacja z listą instalacji termicznego przekształcania odpadów? Inwestorzy przekonują, że tkwią dziś w zawieszeniu, bo bez niej nie mogą podjąć żadnych kroków proceduralnych.

Czas na podjęcie decyzji i opublikowanie listy mamy do końca roku. Ministerstwo przychyla się jednak do tego, by z listy zupełnie zrezygnować. W obecnych warunkach, przy braku regionalizacji i uwolnieniu rynku, nie będzie rozsądne wskazywać bezpośrednio, gdzie ma powstać konkretna instalacja. Nie chcę decydować o tym, kto może funkcjonować na rynku, a kto nie. Wolałbym, by to zapotrzebowanie na paliwo alternatywne, które – jak liczymy – będzie sukcesywnie malało na przestrzeni lat z powodu poprawy recyklingu i pełnego wdrożenia unijnego pakietu odpadowego, było głównym czynnikiem regulującym ilość i moc przepustową instalacji.

Może należałoby w takim razie powrócić do regionalizacji i bilansowania mocy instalacji w obrębie regionów, z uwzględnieniem wojewódzkich planów gospodarki odpadami?

Uważam, że powrót do regionalizacji byłby w obecnych warunkach zbyt radykalnym zwrotem.

Jak w takim razie zapobiec sytuacji, gdy za kilkanaście lat moce spalarni przekroczą dopuszczalny w polskich przepisach limit procentowy termicznego przekształcania?

Reklama

Nie obawiałbym się, że przekroczymy go w najbliższych latach. Na dziś kluczowe jest, byśmy jak najszybciej zbliżyli się do tego limitu. Rozważamy jednak wprowadzenie ograniczeń w przyszłości, by taki scenariusz nie był dla inwestorów opłacalny. Mówiąc wprost, spalanie każdej tony powyżej limitu wiązałoby się z dodatkowymi opłatami. Ale dyskusja o tym rozwiązaniu dopiero przed nami. Musimy wpierw zobaczyć, jakie będzie zainteresowanie nowymi instalacjami i jak rozwijać się będzie ciepłownictwo.

Sceptycy obawiają się, że przy spadku cen za paliwo alternatywne, które będzie pokłosiem zniesienia zakazu składowania, inwestorzy wycofają się z obecnych projektów, bo nie dostaną na nie odpowiednich kredytów, a budowa instalacji przestanie być opłacalna.

Na pewno wycofają się ci, którzy nie przemyśleli swoich inwestycji i zakładali, że nowa instalacja otrzyma duże dotacje i rozwiąże wszystkie problemy gospodarki odpadami na terenie gminy. Nastąpi więc weryfikacja i urealnienie zgłoszeń ze strony samo rządów i prywatnych inwestorów. Pamiętajmy też, że zniesienie zakazu ma być tymczasowe. Nie powinno być więc fundamentem, na którym przedsiębiorcy powinni opierać inwestycje na ponad 25 lat.

Istnieje jednak ryzyko, że z raz uchylonego zakazu już się nie wycofamy. Po chwilowej finansowej uldze samorządy dalej będą nieprzygotowane na powrót do restrykcyjnego zakazu. Presja na przedłużenie tymczasowego rozwiązania będzie więc tylko większa.

Pamiętajmy jednak, że za dwa lata znajdziemy się już w zupełnie innej rzeczywistości. Przewidujemy, że od stycznia 2022 r. będzie już realnie funkcjonował system rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP), co oznacza, że pieniądze zaczną wpływać do samorządów na inwestycje i finansowanie selektywnej zbiórki odpadów.

Jaki schemat ROP proponuje teraz ministerstwo?

W koncepcji resortu znaczną rolę pełni Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, ale i organizacje odzysku, których na rynku jest jednak zbyt dużo, dlatego będą podlegały bardziej surowym wymogom, co wymusi konsolidację.

Na koszty systemu wpłynęły też restrykcyjne wymogi przeciwpożarowe wprowadzone dwa lata temu, które rykoszetem uderzyły w wiele uczciwych firm. Branża sygnalizuje, że wiele z tych rozwiązań to nieadekwatne obciążenie, które winduje koszty i wyrugowało z biznesu wiele podmiotów. Czy resort planuje coś z tym zrobić?

Dziś możemy już powiedzieć, że część z tych przepisów okazała się nazbyt rygorystyczna. Zamierzamy poluzować je, chociażby w kwestii obowiązkowego instalowania monitoringu wizyjnego. Nie wszystkie odpady muszą być magazynowane pod okiem kamer, bo z założenia się nie palą lub ich ewentualne podpalenie byłoby dla właściciela stratą wartościowych surowców, a nie potencjalnym pozbyciem się kłopotliwego balastu. A to z tymi drugimi patologiami musimy walczyć. Chcemy szczególnie ulżyć branży recyklingu, z którą jesteśmy w stałym kontakcie. Ich postulaty zostaną prawdo podobnie w całości przyjęte.

Na jakiej podstawie resort rozdzieli, które odpady będą niepalne, skoro nie zostały one nigdzie zdefiniowane w przepisach?

Planujemy przygotować stosowną definicję, która znajdzie się w planowanej ustawie.

Sięgając do problemu u źródła: selektywna zbiórka w gminach nie wygląda najlepiej i – jak zgłaszają samorządy – pięciopojemnikowy system segregacji nie wszędzie się sprawdza. Czy resort rozważa poluzowanie zasad, by władze lokalne miały więcej swobody w ustalaniu, co i jak zbierają na swoim terenie?

Rozmawiamy na temat możliwości częściowej liberalizacji przepisów, ale nie w skali całego kraju. Byłoby ono możliwe tylko wówczas, jeśli samorząd posiadałby odpowiednią infrastrukturę, instalacje. Dlatego z odejścia od systemu pięciu pojemników mogłyby skorzystać zapewne nieliczne gminy.

Kiedy światło dzienne ujrzą projekty obejmujące zapowiadane przez pana zmiany?

Projekty rozporządzeń dotyczące rynku odpadowego, czyli m.in. zniesienia zakazu składowania, wydłużenia okresu magazynowania frakcji wysokokalorycznej oraz ustawa o ROP, pojawią się jeszcze w te wakacje. W ciągu dwóch miesięcy zostanie podjęta decyzja dotycząca listy instalacji. Co do wzoru, według którego gminy będą liczyły poziom odzysku – jest tutaj powszechna zgoda, więc projekt w tej sprawie złożą prawdopodobnie posłowie, by przyśpieszyć prace. Mam świadomość, że przepisy są niejednoznaczne, gminy mają problem z ich interpretacją, a linia orzecznicza jest niejednolita. Będzie czas, by napisać nową ustawę, ale musi się to odbyć na spokojnie.