Jeśli ktoś sądzi, że może odfajkować Mike’a Pattona na swojej koncertowej liście muzycznych gwiazd, po tym jak zobaczył go rok temu na festiwalu Heineken Open’er, to srogo się myli. A to dlatego, że ten wokalista, producent, tekściarz i aktor jest prawdziwym dźwiękowym kameleonem, który swoje muzyczne upodobania zmienia tak szybko, że nawet najwierniejsi fani mają kłopoty z nadążaniem za kolejnymi fascynacjami szalonego Mike’a.

Kiedy rok temu na nadwiślańskiej ziemi Patton brykał po scenie w towarzystwie kolegów z reaktywowanego Faith No More i wznosił wódczane toasty, mieliśmy okazję zobaczyć jego najbardziej komercyjną twarz. Sęk w tym, że to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Choć to właśnie z Faith No More Patton odniósł największy sukces, zmieniając się z undergroundowego muzyka, znanego nielicznym z działalności w szalonej grupie Mr. Bungle, w międzynarodową ikonę poszukującego rocka, przejmującą schedę po Nirvanie i zmarłym Kurcie Cobainie, to tak naprawdę był to jedynie epizod pozwalający mu rozwinąć skrzydła.

Każdy szanujący się rockman po nagraniu takiej płyty jak „Angel Dust” z 1992 roku, uznawanej dziś za klasyka rockowej alternatywy końca XX wieku (blisko cztery miliony sprzedanych egzemplarzy), zaszyłby się w jednej z ekskluzywnych kalifornijskich rezydencji, by do końca swoich dni nagrywać podobne złotonośne albumy i wciągać kokainę przez wuwuzelę z piersi opalonej blondynki. Mike Patton nie jest jednak zwykłym rockmanem i od czasów największej świetności Faith No More, przypadającej na połowę lat 90., robi wszystko, żeby powrócić do swoich niezależnych korzeni i uwolnić się od masowej popularności, która paradoksalnie dała mu twórczą wolność.

Dziś Patton skrzętnie z niej korzysta. Nagrywa, co mu się żywnie podoba, nie przejmując się opiniami krytyków. Niezaspokojony Amerykanin współpracował już z tak skrajnie różnymi artystami, jak metalcore’owy Dillinger Escape Plan, laptopowy eksperymentator Fennesz, noisowy Merzbow, Björk, metalowa Sepultura, a nawet Kronos Quartet. Patton równie dobrze odnajduje się jako mistrz growlingu (słynne pojedynki na hałas, jakie miał zwyczaj staczać z perkusistą w zespole Fantomas) i popowy wokalista, w czym bez wątpienia pomaga mu mocny plastyczny głos.

W tej ostatniej roli muzyk zaprezentował się na swojej najnowszej płycie „Mondo Cane”, wydanej kilka tygodni temu. Tytuł płyty nawiązuje do głośnego filmu dokumentalnego o tym samym tytule z 1962 roku, który przez wielu uznawanych jest za ojca dzisiejszych „shockumentaries”. Jednak w odróżnieniu od włoskiego filmu, przedstawiającego autentyczne drastyczne zdjęcia, ukazujące barbarzyńską naturę ludzką, „Mondo Cane” AD 2010 to czysta słodycz – przynajmniej w założeniu. Do zrealizowania tego epickiego projektu Amerykanin zaprosił m.in. 65-osobową orkiestrę. Przy jej pomocy wziął na warsztat klasyczne włoskie hity, jakie królowały w Italii w drugiej połowie ubiegłego wieku. To owoc przekwitłego już małżeństwa z włoską artystką Titi Zuccatostą, z którą Patton rozstał się na początku nowego wieku. To ona zaraziła go miłością do włoskich szlagierów, nie wspominając o tym, że Amerykanin przez kilka lat był właścicielem domu w Bolonii i mówi płynnie w języku Boccaccia.

"Ten pomysł chodził mi po głowie wiele lat, ale dopiero teraz wszystkie pomysły ułożyły się w całość – tłumaczył w wywiadach Patton. Na „Mondo Cane” muzyk wystylizowany na dandysa w białym garniturze i z toną żelu na włosach, niczym Marcello Mastroiani w „Słodkim życiu” Federico Felliniego, wraca do sentymentalnych piosenek z lat 50. i 60. takich artystów, jak Fred Bongusto, Luigi Tenco czy Gino Paoli. Niestety Patton nie potrafił się wyzbyć swoich rockowo-eksperymentalnych ciągot i ciekawa w zamyśle płyta spaliła na panewce jako nieprzemyślany i niespójny kaprys znośny głównie dla fanatycznych wyznawców szalonego Mike’a. Jednak Patton zdaje się zupełnie nie przejmować krytyką, bo dla niego liczy się nie tyle sam efekt, ile proces tworzenia.

"Gdy dorastałem, słuchałem głównie hardcore’a i death metalu. Ale gdy słyszę nowe ciekawe dźwięki, zawsze myślę: tego właśnie chcę spróbować. Szybko się nudzę, jestem ciekawy nowych rzeczy, a gdy otwiera się jedne drzwi, często za nimi widzisz troje kolejnych. Gdy kończy się jedna ścieżka, zawsze pojawiają się następne itd., itd. Był okres, gdy słuchałem jazzu, potem wciągnął mnie hip-hop – bo był niepokorny, brudny i agresywny. Mogłem się z tym utożsamiać. Ale być może kiedyś nagram płytę easy listening" – tłumaczył w wywiadzie dla „Kultury” Patton, przy okazji premiery debiutu jednego z jego wielu projektów – Peeping Tom. Ten ostatni można uznać za wzorcowy manifest działalności rozwrzeszczanego Amerykanina. Tylko jemu mogło się udać zgromadzić na jednej płycie tak różnych artystów, jak: Massive Attack, Bebel Gilberto i Kid Koala. I tylko on mógł namówić eteryczną Norah Jones do wyśpiewania słynnej strofy „Sucker, sucker, motherfucker” w utworze „Sucker” z tegoż albumu.

Mówi się, że Patton jest jedną z najbardziej zapracowanych osób w show-biznesie (lista jego płyt oraz projektów, w których maczał swoje wszędobylskie palce, zbliża się nieubłaganie do setki), ale to nie do końca prawda, bo w jego przypadku mamy do czynienia raczej z zabawą niż pracą. Przy okazji kolejnych projektów Patton przypomina raczej dziecko, które dostało właśnie kolejny zestaw kloców lego, niż poważanego muzyka po czterdziestce. I właśnie dlatego, mimo licznych słów krytyki skierowanych pod adresem „Mondo Cane”, warto zobaczyć Pattona podczas występu na wrocławskiej Wyspie Słodowej – bo nawet na scenie alternatywnej niewielu jest dziś twórców tak wszechstronnych i odważnych, którzy artystyczną wolność przedkładają ponad wszystko. Nie wspominając o tym, że Amerykanin jest prawdziwym showmanem i to, co na płycie brzmiało średnio, na żywo może okazać się fascynujące.

"Mogę się bawić, próbować różnych rzeczy, romansować z różnymi stylami, ale chcę, by czuć w tym było Mike’a Pattona. Wszystkie moje projekty są równie ważne, bo wszystkie są prawdziwe, są częścią mnie" – przekonuje w wywiadach Patton. I komu jak komu, ale jemu można wierzyć na słowo.