W przyszłym tygodniu po raz 135. i ostatni wystartuje amerykański prom kosmiczny, zamykając 30-letni okres lotów załogowych w Ameryce. Przez najbliższe lata NASA będzie polegała na rosyjskich rakietach. Przerwa ta to dla USA okazja, by przemyśleć sens wysyłania ludzi w kosmos – otoczenie tak wrogie, że trzeba ogromnych sum, by zapewnić astronautom bezpieczeństwo.

Administracja Obamy stworzyła bardziej realistyczny projekt przyszłości NASA niż ten, który odziedziczono po ekipie Busha – nadambitny, kosztujący 19 miliardów dolarów rocznie. Nadal jednak pozostaje wiele pytań, choćby o to, ile czasu zajmie sektorowi prywatnemu stworzenie pojazdów, które wyniosą ludzi i materiały do stacji kosmicznej na niższej orbicie Ziemi, pozostającej głównym celem astronautów do 2020 roku. Strategia budowania ciężkich rakiet na dłuższe loty pozostaje mętna.

Kosmiczne loty załogowe są w dużej mierze ekstrawagancją, której nie tłumaczą żadne racjonalne korzyści naukowe. Gdyby zamiast tego fundusze zainwestowano w loty bezzałogowe i nauki kosmiczne, wiedzielibyśmy znacznie więcej o wszechświecie. Prawdziwy powód odbywania lotów załogowych jest zupełnie inny. Ich zwolennicy mówią o międzynarodowej współpracy i inspirowaniu młodych. Jednak przede wszystkim chodzi o ludzkie pragnienie przygody, ideę, że naszym przeznaczeniem jest opuścić Ziemię, by skolonizować galaktykę. Ta długoterminowa wizja leżała u podstaw stworzenia Apolla w latach 60. i choć dziś wielu ludzi uważa ją raczej za absurdalną niż inspirującą, pozostanie usprawiedliwieniem dla wysyłania ludzi w kosmos.