Wpadka czy zamierzona zmiana narracji? Ewa Kopacz zapytana o to, czy Polska powinna dostarczać broń Ukrainie, wyskoczyła z matką broniącą swojego domu i dzieci. Posypały się na nią gromy. Ale po schematycznym sposobie komunikowania się ekipy Tuska ze społeczeństwem takie emocjonalne wystąpienia – odnoszące się do współczesnych strachów zwykłych ludzi – mogą paradoksalnie okazać się skuteczne. Choć intelektualiści z różnych ugrupowań, PO nie wyłączając, się wzdrygają.
Reklama
Ta wypowiedź premier wydaje mi się czymś nadzwyczaj banalnym, odwołuje się ona do stereotypów: łagodnej, ugodowej, kobiety, przeciwstawianej męskim awanturnikom. To nieco zabawne, biorąc pod uwagę, że różne królowe – Katarzyna Wielka czy Katarzyna Medycejska – były bardzo zdecydowanymi, agresywnymi wojowniczkami. Tak więc mówienie o Polsce, która powinna się zachowywać jak rozsądna kobieta, to uosobienie banału, choć trudno mi przewidywać skutki jego użycia w komunikacji polityk – społeczeństwo. Zresztą nawet nie chciałbym próbować. Teraz w przestrzeni medialnej obserwuję zjawisko, które nazwałbym – za tytułem wiersza Mirona Białoszewskiego – „Zbiorowym ustalaniem charakteru pani doktór”. W miniaturze tej opowiada się o tym, jak to chorzy leżący na jednej sali gadają o lekarce, która się nimi opiekuje, nie dochodząc do żadnego wspólnego wniosku. Teraz mamy to samo, tyle że w skali całego kraju.
To, w jaki sposób zostanie odebrana i przyjęta ta czy inna mowa nowej premier, zależy w dużej mierze od odbiorcy, jego poglądów politycznych, sylwetki psychologicznej – więc rozważania dzisiejsze, czy mądrze powiedziała, czy nie, jest charyzmatyczna czy nie bardzo – nie mają większego sensu. Każdy polityk, przywódca mówi w jakiś sposób. Czy jego sposób komunikowania się jest skuteczny, dowiadujemy się po pewnym czasie.
Towarzysz Wiesław Gomułka nie należał do porywających mówców, ale już Edward Gierek potrafił poruszyć słuchaczy. Prezydent Bronisław Komorowski nie jest może dyrygentem tłumów, ale słowa klucze, jakich używa, pozycjonują go w świadomości społecznej jako patriotę i stabilnego polityka. Jednak mnie fascynuje coś innego – możliwości tworzenia za pomocą słów przez polityków nowych światów, kreowania nieistniejącej wcześniej rzeczywistości.
Bo w przypadku polityków słowa to więcej niż mówienie. Oni mówiąc – działają. Polityk nie tyle nazywa rzeczy, ile oddziałuje na rzeczywistość. Stwarza ją, kształtuje postawy i zachowania ludzi. Zostając przy aktualnych wydarzeniach: koalicja tworzy rząd, opozycja go krytykuje. To normalny, powtarzalny dramat politycznego życia. Tyle że – nawet krytykując, wysuwając zastrzeżenia – można to czynić na różne sposoby. Oglądałem niedawno, choć prawdę mówiąc nie lubię tego czynić, telewizyjną dysputę na temat nowego szefa resortu spraw zagranicznych. W studiu było dwóch polityków wywodzących się z opozycji, mających duży dystans co do tej osoby. Tyle że jeden z nich wyrażał swoje zastrzeżenia i obawy w sposób umiarkowany, zastanawiając się, analizując, co z tego może wynikać dla Polski, dla naszej polityki zagranicznej, jednak nie przesądzał, dystansował się. Drugi był bardziej zdecydowany, używał ostrych, wartościujących określeń, rysował słowami nową rzeczywistość. Mówił na przykład, że to katastrofa dla kraju, nieszczęście. Proszę zauważyć: jeśli szef takiego ważnego ministerstwa oznacza katastrofę narodową, to co to może oznaczać. Wybuchnie wojna? Utracimy niepodległość? Taka wypowiedź ma wzbudzić strach, choć przytomny słuchacz musi być świadom, że nie zanosi się na to, aby Polska wypowiedziała komuś wojnę.
Reklama
Jeśli już o tym mowa – brutalny, wyrazisty język polityki to nie nasz, współczesnych wynalazek. Ponoć już w XI wieku czeski król Wratysław II nazwał politycznego przeciwnika „z kurwy synem”. Bliżej współczesności: Napoleon Bonaparte miał określić Talleyranda jako „gówno w jedwabnych pończochach”. A ulubiony i szanowany przez Polaków marszałek Józef Piłsudski też nie przebierał w słowach.
To prawda, mówił o sejmie ladacznic, o ścierwach i durniach w nich zasiadających, o tym, że nie można nimi rządzić bez bata. I o zafajdańcach.
I było jeszcze wiele innych, mocnych określeń, choć moim ulubionym jest to o prowadzaniu kur do szczania. Moja wyobraźnia pracuje, kiedy jej oczyma widzę tych różnych naszych polityków ustawiających ptactwo w celu oddania moczu...
Moja także (śmiech). Niemniej mam wrażenie, iż w dzisiejszych czasach nie jest już takie proste określenie kogoś mianem zafajdańca. Parę dekad temu to, co działo się w wąskim kręgu polityków, zostawało w ich gronie, może przenikało do elit społecznych, które ekscytowały się polityką i jej światem, ale dziś, kiedy każde słowo jest zapisywane, nagrywane, od razu dociera za pośrednictwem mediów do społeczeństwa, politycy powinni bardziej ważyć słowa.
Może i powinni, ale tego nie robią. Mało tego – każdy z nich stara się być tym bardziej wyrazisty, żeby to jego zdanie zostało wyłowione z medialnej sieczki i zapamiętane. Mogę cytować długo: lewicowiec Jacek Zdrojewski kazał się „walić” swoim adwersarzom z prawicy, Józef Oleksy określał przeciwników jako nadętych buców, Stefan Niesiołowski, dziś liberał, wyrzucał Romanowi Giertychowi od nikczemnych durni, a ten ostatni był uprzejmy mówić o wstrętnych pederastach. Że o zerach czy wykształciuchach już nie wspomnę.
Ewolucja polityczna pana Giertycha nie stanowi na szczęście tematu naszej rozmowy. Natomiast faktem jest, że wszechobecne mass media, a zwłaszcza powstanie telewizyjnych kanałów informacyjnych sprawiło, że temperatura sporów jeszcze się podniosła, politycy wychodzą z siebie, żeby powiedzieć coś, co zostanie zacytowane na kilku portalach i zapamiętane przynajmniej przez kilka godzin. A prowadzący te programy, zamiast hamować takie zapędy, starają się jeszcze bardziej rozjuszyć i tak rozgrzanych do czerwoności adwersarzy.
Ja także tęsknię za merytoryczną debatą, ale – jak powiedział mi pewien polityk – takich dyskursów, wielogodzinnych sporów toczonych w świątyniach władzy pies z kulawą nogą by dziś nie śledził, nie oglądał.
Ja także nie mam co do tego wątpliwości. I mamy to, co mamy: ciekawa, zdaniem nadawców audycja oznacza burdę i, generalnie rzecz biorąc, staje się domeną złego smaku. I nie ma na to rady, a jakie są konsekwencje? Kiedyś określenie „język polityczny” oznaczało grzeczny, dyplomatyczny sposób prowadzenia rozmowy. Dziś – brutalność, agresję, nieliczenie się ze zdaniem adwersarza. Ale też przed wojną jeszcze zarzucenie komuś publicznie „pan kłamie” oznaczało pozwanie do sądu – w najlepszym przypadku lub wyzwanie na pojedynek. Należało zastosować eufemizm typu „pan się mija z prawdą”, a jeśli kogoś poniosły nerwy, musiał się liczyć z konsekwencjami. Dziś te konsekwencje są równe zeru, padają słowa coraz dosadniejsze, brutalniejsze. I coraz bardziej, dogłębniej demolujące życie społeczne, wykopujące w społeczeństwie coraz głębsze rowy i ustawiające zasieki nie do przeskoczenia.
Mówimy o tym, co tu i teraz, to jasne. Ale parę lat temu postawił pan tezę, że język współczesnej polityki w Polsce to nic innego, jak kontynuacja języka, jakim posługiwano się w PRL. Te same metody, te same cele. A więc nadanie nowych znaczeń starym określeniom, funkcja wartościowania: dobrzy My i źli Oni, stworzenie rytuałów, pewnej magii kreującej rzeczywistość. A że w rozmaity sposób słowa rujnują życie społeczne, że za ich pomocą można napuścić ludzi na siebie, to już wiemy z historii. Teraz także mamy do czynienia z nowomową, tylko że nieco odmiennego sortu.
Język może być wulgarny, zdegenerowany, słowa mogą prowadzić do głębokich ran w tkance społecznej. I tak jest. Jednak jestem za tym, by termin „nowomowa” – użyty przez George’a Orwella w książce „Rok 1984” – zachować dla sytuacji, w których istnieje władza dyktatorska i cenzura. I używać go właśnie w takim kontekście. Dziś możemy nazywać rzeczywistość na różne sposoby, prowadzić na jej temat, jak to pani ujęła, swoją własną narrację, w zależności od tego, jak ją postrzegamy czy jak chcemy, aby postrzegali ją inni. I tak się dzieje – każdy polityk, każde ugrupowanie ma swój sposób opowiadania świata, stara się doprowadzić do tego, aby jak najszersze masy przyjęły go jako swój. Jednak jest niemożliwe, aby kogoś zmusić, zadekretować, że od teraz daną rzecz będziemy nazywać tak i tylko tak. Te opowieści o rzeczywistości, sposób jej interpretacji są bardzo zróżnicowane. Od odbiorcy zależy, którą przyjmie, uzna za swoją. I o tym należy pamiętać.
Niemniej zgodzi się pan profesor, że to ugrupowanie, które ma najszerszy dostęp do popularnych mediów, nadaje ton. I z jego przekazu najwięcej przedostaje się do tkanki społecznej.
Nie byłbym tego taki pewien, zwłaszcza że to nie jest tak, iż mamy dziś do czynienia z jednym kanałem telewizyjnym i jednym tytułem prasowym. Kanałów, którymi słowa, a więc idee, idą w świat, jest wiele. Oczywiście każdy nadawca chciałby, żeby to jego przekaz był tym obowiązującym. Ale tak się na szczęście nie dzieje. Gdyby jakieś czterdzieści lat temu I sekretarz KC PZPR orzekł, że po tamtej stronie stoją nasi wrogowie, a po tej przyjaciele, stronnicy dobra i piękna, to ów przekaz byłby obowiązujący dla wszystkich, w każdym razie w oficjalnej wersji. Dysydenci mogliby się popukać po głowie, ale tylko najodważniejsi byliby w stanie się mu, choćby werbalnie, sprzeciwić. Dziś taki przekaz jest wykładnią tylko dla partyjnych towarzyszy jego nadawcy. Reszta może go kontestować, jak się jej żywnie podoba.
Tak i zarazem nie. Jestem przekonana, że mimo wielości kanałów przekazu, mimo wolności wyboru tego ideologicznego komunikatu przewaga leży po stronie tego, który ma najszerszy dostęp do mediów. Zawsze, nawet w najbardziej dyktatorskim świecie, znajdzie się grupka odważnych, którzy będą kontestowali suflowaną narrację świata. Jednak nawet w najbardziej wolnym, demokratycznym społeczeństwie tą, która będzie obowiązywała, podyktują ci, którzy choćby z powodów technicznych czy finansowych mają większy dostęp do mass mediów. I tak się dzieje. Dla mnie nowomową współczesnego świata jest technokratyczny slang brukselski, który przedostaje się do potocznego języka. Mamy dyktat perspektywy finansowej, od której zależy nasze życie. Oraz innowacyjności, która oznacza nie tylko nowe, kreatywne rozwiązania techniczne, ale także dyktuje nam wydatki na zakupy. Innowacyjne są środki do czyszczenia toalet i kremy, które odmłodzą nas o parę dekad.
Przenikanie się dialogu społecznego czy politycznego z reklamą to nie żadna nowość. Tak samo jak wartościowanie racji, które ktoś – jednostka, organizacja partyjna czy firma – usiłuje narzucić masom. Mam jednak wrażenie, że przekaz reklamowy jest dziś uczciwszy, obwarowany większą liczbą czy to prawnych, czy społecznych zakazów niż polityczny. Bo jeśli ktoś powie w spocie reklamowym, że jego krem jest lepszy niż produkt firmy X (choć wolno mu mówić, że jest najlepszy), narazi się na konsekwencje finansowe. Natomiast jeśli polityk ugrupowania, które nie jest dziś przy władzy, będzie wykazywał, iż zdobycie przez jego kolegę drugorzędnego stanowiska w strukturach Unii Europejskiej jest zwycięstwem na miarę światową, a fakt, iż lider opozycyjnego ugrupowania został szefem Komisji Europejskiej, to obraz tchórzostwa szczura, który ucieka, nabroiwszy w kraju, to będą to jedynie słowa. Ich wymiar aksjologiczny pozostaje nawet bez komentarza.
Panie profesorze, wolałabym, aby nasza rozmowa miała charakter bardziej akademicki niż polityczny, choć każde z nas, jak sądzę, ma swoje sympatie w tej dziedzinie. Jeśli pan pozwoli, wrócę do pasjonującej mnie kwestii, a więc stwarzania bytów za pomocą politycznych przemówień. Co jest paralelne, jeśli wziąć obecne czasy i porównać je z PRL-owską przeszłością.
W tym sensie, że wówczas i dziś słowo miało być, jest nie tylko opisem rzeczywistości, ale i stwarzać ją na nowo, a także środkiem wprowadzającym zamieszanie. Dam taki przykład: podczas czystek 1968 r., podczas tej wielkiej kampanii propagandowej nie mówiło się oficjalnie o Żydach, ale o syjonistach. A to trochę tak, jakby o Polakach mówić np. jako o senatorach bądź endekach. Tamtej propagandzie chodziło o to, aby Żydów czy ich zwolenników wpakować do jednego wspólnego worka – wrogów Polski i krętaczy. Komunistyczna propaganda jak ognia wystrzegała się określenia „Żyd”, żeby nie wpisywać się w antysemityzm.
Ale na krótką metę działało, i to bardzo skutecznie. Od syjonistów poczynając, poprzez badylarzy (szanowanych właścicieli gospodarstw ogrodniczych), bambrów (czyli rolników, którzy dawali radę się utrzymać z gospodarstwa), wstrętnych kapitalistów (kiedyś ludzi, którzy dawali innym pracę).
Moglibyśmy jeszcze porozmawiać na przykład o obszarnikach. To są przykłady na ideologizację języka, która sprawia, że coś dobrego, zwyczajnego albo przynajmniej neutralnego światopoglądowo staje się nagle wrogiem, z którym należy walczyć. Podobne zjawisko mamy dzisiaj, przykładem losy pojęcia „gender”. To nie jest ładne słowo, obcobrzmiące, angielskie, ale zakorzeniło się w polszczyźnie na tej samej zasadzie, jak w XVIII w. zakorzeniały się pojęcia wzięte z języka francuskiego czy dwa wieki wcześniej włoskiego, bo nie wynaleziono ich rodzimych odpowiedników. W pierwotnym znaczeniu to słowo wskazywało na pewien typ refleksji humanistycznej, filozoficznej, społecznej czy w ogólnym znaczeniu – kulturowej, opowiadającej o tym, w jaki sposób różnią się role przypisywane płciom. W jaki sposób wpływają one na życie społeczne, literackie czy, w ogóle, kulturę. Sięgnę po przykład z własnej praktyki. Napisałem kiedyś szkic o monologu wewnętrznym w „Panu Tadeuszu” Mickiewicza. Chodziło o to, że autor przyznał prawo do tej formy ekspresji jedynie Telimenie. A dlaczego? Bo inni bohaterowie wygłaszają tam wiele oracji, zwykle podczas biesiad. Męscy bohaterowie, gdyż przemówienia w sytuacjach publicznych mogli w tamtym czasie wygłaszać jedynie mężczyźni. Tymczasem poeta chciał, w sposób przyjęty kulturowo w czasach, kiedy tworzył, przyznać głos również kobiecie. Ona nie mogła mówić publicznie, ale przecież myśleć mogła. Ta opowieść o pewnej sytuacji kulturowej to jest właśnie ów gender. Jednak to, co zostało zrobione z tego pojęcia, w jaki sposób przepoczwarzono je, uczyniono groźnym dla narodu, rodziny, religii, zdrowej tkanki społecznej, przypomina mi właśnie majstrowanie przy słowach, pojęciach, rodem z PRL.
Z całym szacunkiem, panie profesorze, ale ja tutaj nie widzę tak wyraźnej paraleli do czasów komunizmu. Owszem, genderowi zostało nadane nowe brzmienie: stał się synonimem tych wszystkich kulturowych znaczeń, które dla konserwatywnej części społeczeństwa są opozycją dla stałości rodziny, niezmienności świata, w którym chciałaby żyć. A fakt, że owe nowe znaczenie się przyjęło, że można genderem niczym granatem rzucać w narrację opowiadającą o nieskrępowanej żadnymi więzami jednostce, której celem jest miłe, wygodne życie, to już całkiem inna historia.
A widzi pani, na tym polega ideologizacja słów i pojęć. Cynicznie bądź bez zrozumienia używanych w dyskursie politycznym. Takich przykładów jest zresztą wiele.
Zgadzam się, tak się dzieje. George Lakoff i Mark Johnson w książce „Metafory w naszym życiu” wysnuli teorię ram, która bardzo przemawia mi do wyobraźni. Wystarczy, mówiąc w wielkim skrócie, nazwać rzeczywistość po swojemu, narzucić jej pewne werbalne ramy, aby inni przyjęli ją jako swoją. A więc – aby słowo stało się ciałem. Że sięgnę do najprostszego przykładu: jeszcze dekadę temu prawica z liberalną lewicą mogła się różnić, ale nie miała słów kluczy, owych ram właśnie, żeby stworzyć dwa nieprzenikające się światy. Ale odkąd pojawiły się w dyskursie publicznym mohery i lemingi, różnica pomiędzy nimi pogłębiła się do skali Rowu Mariańskiego.
A pamięta pani, że wcześniej mohery oznaczały po prostu starsze panie z kółek różańcowych Radia Maryja?
Tak było, ale dziś bycie moherem oznacza wyznawanie konserwatywnego poglądu na świat. Odpowiedzią na mohera było nazwanie przeciwników lemingami. I dziś te skądinąd sympatyczne zwierzątka symbolizują osoby, które w sposób bezrozumny hołdują „europejskim” wartościom, a tak naprawdę są skoncentrowane na zapewnieniu sobie stosownego statusu materialnego.
Także współcześnie to przecież nie jest diagnoza rzeczywistości, tylko opowieść o niej, snuta przez walczące ze sobą obozy. Jednak muszę przypomnieć, że tego typu porównania także nie są wymysłem naszych czasów. Również te odzieżowe. W XVII w. we Francji na kobiety dobrze wykształcone, sawantki, mówiono bas bleux, czyli niebieskie pończochy. Podczas rewolucji francuskiej, wiek później, była mowa o frygijskich czapkach, będących wówczas synonimami wolności. Możemy jeszcze wspomnieć o białych kołnierzykach, to z kolei amerykańskie określenie osób zajmujących się pracą biurową. Tyle tylko, że fakt, jaki wymiar emocjonalny będzie miało dane miano, zależy od czasu i tego, kto będzie dyktował opowieść. Jednak proszę, ponownie, aby zmiarkować fakt, że kiedyś to znaczenie, wymiar słowa, było narzucane odgórnie, a dziś każdy może sobie wybrać to, które mu odpowiada.
Jednak mechanizmy, za pomocą których politycy starają się osiągnąć swój cel – używając słów – nie zmieniają się wraz z datami w kalendarzu. Chodzi mi choćby o wymiar magiczny i rytualny używanego przez nich języka.
To jest niezmienne, bo i takie są jego funkcje. Mogą mieć zarówno negatywny, jak i pozytywny skutek. Weźmy magiczność. Za czasów PRL cenzura miała wpływ na istnienie bądź nieistnienie zarówno pojęć, jak i konkretnych ludzi. Wystarczyło na przykład, żeby zrobiła „zapis” na jakieś nazwisko, orzekła, że – dajmy na to – taki człowiek jak Czesław Miłosz nie istnieje. I to wystarczyło, by przestał on istnieć w szerokim obiegu. Nie było go i koniec, oczywiście o tym, że istniał, wiedziała wąska grupa osób. Natomiast jeśli orzeczono, iż coś tak kuriozalnego, jak sojusz robotniczo-chłopski jest faktem, to wbrew oczywistym sprzecznościom interesów takim się stawał. Towarzyszyła temu pewna rytualność. Powtarzanie tych samych fraz w powtarzalnych okolicznościach, wiece, na których odprawiano te same lingwistyczne rytuały. Powtórzę: dziś dzieje się podobnie, z tym że każde środowisko polityczne ma te same narzędzia, te same sposoby, aby próbować wziąć rząd dusz dla siebie. Nie do pomyślenia jest, żeby zmusić wszystkich – tak jak to kiedyś było – by zachodnią granicę naszego kraju nazywać nie polsko-niemiecką (to było zakazane), ale granicą Polski z Niemiecką Republiką Demokratyczną, a w najgorszym wypadku granicą na Odrze i Łabie.
Mam tutaj jeszcze jedną impresję dotyczącą zmiany języka, jakim opisujemy i stwarzamy rzeczywistość. Po 1989 r. zakazane stały się (nie z mocy komunistycznej cenzury, ale obyczaju) takie wyrażenia jak „państwo opiekuńcze”, „socjalizm”, „pomoc społeczna”. Jeśli przetrwały, to w negatywnym kontekście.
I mnie także to boli. Dla mnie państwo opiekuńcze ma bardzo pozytywną konotację, chciałbym, aby było w Polsce tak, jak w Szwecji. Jednak lata PRL sprawiły, iż socjalizm jest utożsamiany, do tej pory, ze złem, z czym – jako liberalny socjalista – nie mogę się pogodzić. Bo jeśli państwo, które dba o swoich obywateli, jest czymś niepożądanym, to ja już nie rozumem, w jakim świecie żyję. Niemniej wiem, jak przebiegał ten proces zmieniania znaczenia pojęć i wartości z nimi związanych. W czasach przełomu wszystko, co kojarzyło się chociażby z mijającą epoką, było niepożądane i wrogie. W sposób naturalny takie wartości jak solidarność społeczna, pomoc uboższym zostały zastąpione przez pojęcia nawiązujące do liberalizmu gospodarczego.
Zakochaliśmy się w wolnym rynku, a zwłaszcza w jego niewidzialnej ręce, zanim sprawiła nam lanie.
No właśnie. Jan Józef Lipski, bohater powstania warszawskiego, działacz społeczny, który ma wielkie zasługi dla naszej niepodległości i demokracji właśnie, u kresu swojego życia postanowił reaktywować w Polsce partię socjalistyczną. PPS, tę samą, w której był chociażby marszałek Piłsudski. I poniósł wielką klęskę, gdyż ten jego życiowy projekt reaktywacji spalił na panewce. A to z tego powodu głównie, że słowo „socjalizm” fatalnie się kojarzyło, choć mało kto rozumiał jego sens. Teraz może jest trochę inaczej, niemniej przed ćwierćwieczem socjalizm oznaczał samo zło.
I tak trochę jest do dziś. Lewica nie ma swojego języka. W każdym razie ta lewica społeczna. Obecnie jest kojarzona z antyklerykalizmem, wolnością obyczajową. Proszę wybaczyć, ale dzieciaki bawiące się obecnie w socjalizm mają gdzieś bezdomnych ludzi. Natomiast dyskryminowane wieloryby z pewnością poruszą ich serca.
Jest pani złośliwa, choć trudno mi się nie zgodzić z tą diagnozą. Ale nie ulega kwestii, że nasza polska lewica, jakkolwiek by ją określić – czy jako środowisko zgromadzone wokół elitarnej intelektualnie Krytyki Politycznej, czy w jakimkolwiek innym ugrupowaniu – jest najbardziej tolerancyjną częścią społeczeństwa. W każdym razie w kwestiach obyczajowych.
I tutaj, panie profesorze, mam problem. Bo ta lewica, jak sam pan powiedział, jest głównie lewicowa obyczajowo. Natomiast ekonomicznie lewicowa jest prawica, te mohery, konserwy. Ostatnio podczas dysputy politycznej usłyszałam od reprezentanta tej ostatniej strony, że każdy prawicowiec powinien mieć serce po lewej stronie. I jak z tym żyć?
Normalnie, nie przejmując się. Robiąc to, co każdy z nas uważa za słuszne. A reszta jest milczeniem.
Przed wojną zarzucenie komuś publicznie „pan kłamie” oznaczało pozwanie do sądu lub wyzwanie na pojedynek. Dziś konsekwencje są równe zeru, padają słowa coraz dosadniejsze, brutalniejsze