We wrześniu 1918 r., gdy cała Ameryka szykowała huczne parady, by zagrzać naród do wsparcia wysiłku wojennego, w bazach marynarki na Wschodnim Wybrzeżu bakteriolodzy i specjaliści chorób zakaźnych bezradnie obserwowali, jak młodzi żołnierze dusili się krwawą pianą tryskającą im z ust. Korytarze oraz przedsionki lazaretów zapychały się rozstawianymi naprędce polówkami, znad których roznosiły się świdrujące odgłosy mokrego kaszlu. Setki poborowych, którzy jeszcze niedawno z łatwością znosili trudy musztry oraz ćwiczeń, leżały teraz na brudnej od krwi i fekaliów pościeli.
Krótko po przyjęciu do szpitala na policzkach młodych pacjentów wykwitały ciemnosine plamy, które z godziny na godzinę rozlewały się po całej twarzy; pokrywały usta, powieki, uszy i palce, a w skrajnych przypadkach całe ciało. Był to znak, że obrzęknięte płuca przestały radzić sobie z dostarczaniem tlenu do krwi. Chory czasem jeszcze dyszał kilka godzin, nim, wijąc się w agonii, umierał.
Lekarze nie wiedzieli, że tajemniczy zarazek, który powalał nawet najsilniejsze organizmy, to bardziej drapieżna mutacja wirusa grypy szalejącego kilka miesięcy wcześniej. I że druga fala choroby w samej Ameryce spowoduje śmierć kilkuset tysięcy ludzi.
Reklama