W całym 2020 r. produkt krajowy brutto Polski spadnie o 3,9 proc. W kolejnym roku będzie wzrost rzędu 4,3 proc. – mówią zebrane przez DGP najnowsze prognozy analityków kilkunastu krajowych instytucji. O tym, że ten rok jest już właściwie skreślony, wiadomo od dawna. Na słabe wyniki w tym roku zapracował przede wszystkim zakończony właśnie II kwartał. Wiadomo, że przyniósł duży spadek PKB, ale analitycy nawet w spodziewanych bardzo słabych wynikach dopatrują się pozytywnych sygnałów.

Reklama

Wygląda na to, że już gospodarka zaczyna wracać do normy, choć oczywiście nie dotyczy to wszystkich sektorów i wszystkich firm. Nawet ten miniony kwartał nie musi być tragiczny: po bardzo złym kwietniu maj był całkiem niezły, a czerwiec może się okazać jeszcze lepszy – przekonuje Michał Dybuła, główny ekonomista BNP Paribas Bank Polska. Według niego na tempo wzrostu w II kwartale znaczący wpływ będą miały zapasy oraz eksport netto. – Ten ostatni element nawet w kwietniu nie wypadł tak źle, jak można się było obawiać. Wprawdzie przyczyniał się do spadku PKB, ale w znacznie mniejszym stopniu niż np. w Czechach – dodaje Dybuła.

Zero osiągniemy na przełomie roku

Dla firm, które wkrótce będą zabierały się do tworzenia budżetów na 2021 r., istotny jest nie tylko finalny wynik całych 12 miesięcy, ale też to, na jaką „trajektorię wzrostu” można liczyć. Z prognoz analityków ankietowanych przez DGP wynika, że pod względem wzrostu gospodarczego na zero wyjdziemy dopiero na początku przyszłego roku. Późniejsze duże odbicie będzie miało w dużej mierze charakter statystyczny związany z niską bazą z okresu zamrożenia gospodarki w obawie przed pandemią. W kolejnych kwartałach spodziewana jest stopniowa odbudowa – ze wzrostem w granicach 4–5 proc.

Wzrost konsumpcji, jeśli nie liczyć statystycznego wystrzału w II kwartale przyszłego roku, raczej nie przekroczy 4 proc. Bardziej widowiskowych wyników można się spodziewać po inwestycjach. To jednak będzie druga strona tegorocznych spadków, które – jak oczekują analitycy – w kolejnych kwartałach będą wynosić co najmniej 10 proc. w skali roku. Na możliwości i chęci inwestowania wpływać będą informacje napływające z Brukseli – to, kiedy ruszy planowany przez Komisję Europejską fundusz odbudowy, który ma rozruszać po kryzysie unijną gospodarkę. A także to, jak duże kwoty pieniędzy z niego mają szansę trafić do naszej gospodarki.

W przypadku konsumpcji w ostatnich kilku latach przyzwyczailiśmy się, że podstawowym wyjaśnieniem wysokiego wzrostu była dobra sytuacja na rynku pracy. To się właśnie zmienia. Stopa bezrobocia w najbliższych kwartałach znacząco wzrośnie. Ekonomiści spodziewają się, że na początku przyszłego roku będzie w okolicach 8 proc. wobec 6 proc. w maju.Wzrost bezrobocia jest na razie ograniczany przez tarcze antykryzysowe. Ale programy pomocowe działają zwykle trzy miesiące, więc liczba bezrobotnych się zwiększy, tyle że z pewnym opóźnieniem – mówi Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego. Wskazuje równocześnie, że obecne prognozy nie są tak pesymistyczne, jak te z początku pandemii. Dane za kwiecień i maj okazały się lepsze od oczekiwań – podobnie jak w przypadku liczby zakażeń koronawirusem, w bezrobociu istotne jest „wypłaszczanie krzywej”.

Nie ma problemu inflacji

Przeciwdziałanie kryzysowi to nie tylko domena rządu. W działania aktywnie włączył się bank centralny – rozpoczynając skup obligacji i obniżając stopy procentowe. Zdecydowana większość analityków jest zdania, że przynajmniej do końca przyszłego roku stopy pozostaną bez zmian (główna wynosi dziś 0,1 proc.). Tylko jeden bank spodziewa się podwyżki w listopadzie 2021 r. – będzie to niedługo przed końcem kadencji większości członków obecnej Rady Polityki Pieniężnej. Pomimo zaskakującego wzrostu inflacji w czerwcu (jak podał wczoraj Główny Urząd Statystyczny, tempo wzrostu cen przyśpieszyło w czerwcu do 3,3 proc. z 2,9 proc. miesiąc wcześniej), ekonomiści spodziewają się, że w najbliższych kwartałach nie będzie to istotny problem.

Procesy pieniężne nie mają istotnego wpływu na procesy inflacyjne. Kluczowa jest relacja podaży i popytu w gospodarce. W tym sensie silny impuls fiskalno-monetarny działa co prawda w kierunku ograniczenia spadku inflacji, a w średnim terminie przyspieszenia jej wzrostu, ale kluczowa jest luka popytowa. Ponieważ gospodarka odżywa, to w wielu obszarach jest miejsce na wzrost cen. W niektórych przypadkach istotne są ograniczenia podażowe czy koszty utrzymania reżimu sanitarnego - wskazuje Piotr Bujak, główny ekonomista banku PKO BP.

W ankiecie wzięli udział analitycy następujących instytucji: Bank Gospodarstwa Krajowego, Bank Handlowy, Bank Millennium, Bank Pekao, Bank Pocztowy, BNP Paribas Bank Polska, Credit Agricole Bank Polska, ING Bank Śląski, Krajowa Izba Gospodarcza, mBank, PKO BP, Polityka Insight i Santander Bank Polska. ©℗