Z Pawłem Poncyljuszem rozmawia Magdalena Rigamonti
Reklama
Aborcja na życzenie?
Nie.
Do 12 tygodnia ciąży?
Nie.
Kompromis aborcyjny?
Tak. A najpierw referendum.
Nie przejdzie.
Dzisiaj największymi przeciwnikami referendum są działacze lewicowi i ultrakatoliccy. Jedni i drudzy wiedzą, że gdyby zapytać Polaków, czego chcą w kwestii aborcji, to wyszłoby na to, że kompromisu z 1997 r.
Jak powinno być sformułowane pytanie w referendum?
Powinien być wybór pomiędzy obowiązującym do niedawna kompromisem aborcyjnym a aborcją do 12. tygodnia ciąży. To chyba jest najprostsze i najuczciwsze. Odcinamy wtedy skrajności.
Konsultował pan te wypowiedzi na temat referendum z Borysem Budką?
Moje poglądy znane są w Koalicji Obywatelskiej. Widzę różnice w sposobie komunikowania się tu, w PO, i w PiS. Tam trzeba było wszystko konsultować, tu po prostu można mówić, wymieniać opinie i nikomu włos z głowy nie spada, nikt się nie obraża.
A może się tak panu tylko wydaje?
Reklama
Jestem materialnym świadkiem historii. W KO jestem od półtora roku i nikt mnie tu nie łamie kołem i do niczego nie przymusza. Chociaż niektórzy moi koledzy z pisowską przeszłością albo działający dziś w PiS nie dowierzają.
Poglądy na temat aborcji uzgodnił pan z żoną?
(Kochanie, pani redaktor pyta, czy mamy między sobą ustalone poglądy na temat aborcji). Żona przekazuje, że tak.
Chce pan być prezydentem Rzeszowa z ramienia Koalicji?
Wciąż szukam lepszego rozwiązania. Jeszcze nic nie zostało ustalone.
Nie pytam, czy zostało ustalone, tylko czy pan chce.
Decyzje nie zapadły. Cały czas prowadzę rozmowy i konsultacje w Warszawie i Rzeszowie na temat wyłonienia najlepszego kandydata, który ma szansę pokonać machinę wyborczą środowiska PiS. Od 2019 r. jestem posłem KO z Rzeszowa, więc znam lokalne problemy.
Problemy najbardziej konserwatywnego regionu Polski.
To uczy pokory.
Pan jest konserwatystą, w zasadzie pisowcem.
Nie jestem w PiS od prawie 11 lat. A kampania wyborcza 2019 r. była dla mnie kubłem zimnej wody. Musiałem rozliczyć się ze swoją pisowską przeszłością. I wydaje mi się, że w czasie tej kampanii już swoją drogę do Canossy we włosiennicy odbyłem.
Z biczykiem czy bez?
Bez biczyka, aczkolwiek parę razy były obelgi i wyzwiska, ale to koszt bycia politykiem. I to bolało. Rozdawałem ulotki i budziłem zdziwienie, że na targ przyszedł platformers. Od pisowców ludzie nie dostawali żadnych ulotek, bo pisowscy powiatowi szoguni mają tam wszystko poustawiane, reprezentują jeden, ewentualnie dwa powiaty i nie muszą wystawać na targowiskach.
Tłumaczył się pan ze zdrady, zmiany partii?
Gdyby pani porównała moje poglądy sprzed lat z tymi dzisiejszymi, to zrozumiałaby pani, że niewiele się zmieniły. Nie dokonałem wolty światopoglądowej o 180 st. Mam harcerską naturę. Jak się coś zaprogramuje za młodu, to zostaje na całe życie.
Przestał pan być czcicielem Jarosława Kaczyńskiego – to jest wolta.
Nigdy nie byłem czcicielem.