W ostatnich tygodniach Służba Bezpieczeństwa Ukrainy informowała o ponownym zwiększaniu wojskowej obecności Rosji na niekontrolowanych przez Kijów obszarach obwodów donieckiego i ługańskiego. Moskwa miała też wzmocnić oddziały skoncentrowane na granicach Ukrainy, a także na anektowanym w marcu Krymie.

Reklama

Rosjanie oczywiście zaprzeczają tym informacjom, zgodnie z oficjalną propagandą rosyjskich żołnierzy na Ukrainie nie ma. Dane SBU trudno jednak zweryfikować, również dobrze mogą być one elementem wojny informacyjnej. Z drugiej jednak strony także inne wydarzenia sugerują, że celem Kremla jest eskalacja napięcia w regionie.

W środę, na dzień przed pierwszym powyborczym posiedzeniem Rady Najwyższej i powtórnym powołaniem Arsenija Jaceniuka na premiera, to administracji prezydenta Petra Poroszenki przyszedł ambasador Rosji Michaił Zurabow. Poroszenko spotykał się właśnie z nowo wybranymi posłami swojej partii. Przerwał je, by spotkać się z dyplomatą. Ten miał go przekonać do rozmowy telefonicznej z Putinem.

Prezydenci oraz ludzie z ich najbliższego otoczenia nie rozmawiali od tygodnia. Tak długie przerwy do tej pory rzadko się zdarzały. Według niektórych mediów, choćby zazwyczaj dobrze poinformowanego portalu TheInsider.ua, Putin miał zagrozić Poroszence wznowieniem ofensywy, jeśli ten nie uzna niepodległości Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych oraz nie zrezygnuje oficjalnie z wejścia swojego kraju do NATO i UE. Te informacje zostały później zdementowane przez służby prasowe szefów obu państw.

Kolejną ofiarą Rosji może być jednak zupełnie inny kraj. Podpisana w poniedziałek umowa faktycznie uczyniła z Abchazji, gruzińskiej zbuntowanej prowincji, część Federacji Rosyjskiej. Moskwa uznała jej niepodległość po wojnie z Gruzją w 2008 roku. Abchaski przywódca Raul Hadżymba usiłował uniknąć tego porozumienia, ale uległ pod presją Rosji. Suchumi zostanie zintegrowane z Moskwą także w sensie militarnym.

Reklama

Tbilisi obawia się, że zwiększona obecność Rosjan na terenie w sensie prawnomiędzynarodowym należącym do Gruzji posłuży Kremlowi jako narzędzie nacisku na ten kraj. Rząd Iraklego Gharibaszwilego kontynuuje starania o integrację z NATO i Unią Europejską, wbrew obawom opozycji, że gabinet mający za patrona prorosyjskiego biznesmena Bidzinę Iwaniszwilego musi się także okazać promoskiewski.

Reklama

"Mam ambicję, by uczynić z mojego kraju regionalną 'success story', używając w tym celu siłę płynącą z procesu integracji europejskiej" - mówił Gharibaszwili podczas niedawnej wizyty w Brukseli. Tbilisi liczy, że wiosną Unia Europejska podejmie decyzję o zniesieniu wiz do strefy Schengen dla Gruzinów.

Ruchem bezwizowym od 28 kwietnia cieszą się już Mołdawianie, którzy w niedzielę wybiorą nowy parlament. Im bliżej Unii jest Mołdawia, tym silniejszym naciskom poddaje ją Rosja, wzmacniając obecność wojskową w separatystycznym Naddniestrzu, wprowadzając kolejne embarga na dobra produkowane w tym kraju czy otwarcie grożąc kolejną dziwną wojną. Odpowiadający za relacje z Mołdawią wicepremier Dmitrij Rogozin w maju nie wykluczył nawet pojawienia się w Naddniestrzu "zielonych ludzików", jeśli Kiszyniów będzie kontynuować proces integracji z Zachodem.

Na razie Rosja prowadzi politykę kontrolowanych incydentów na granicach z państwami NATO. Wzrosła aktywność rosyjskich samolotów bojowych w przestrzeni powietrznej krajów Sojuszu - od Wielkiej Brytanii przez państwa bałtyckie po amerykańską Alaskę. Rzecznik Putina Dmitrij Pieskow pozwala sobie na "żarty", że należącą do NATO Łotwę czeka zamach stanu, który zostanie wsparty przez Moskwę. Z kolei litewskiej prezydent Dalii Grybauskaitė szef Dumy Siergiej Naryszkin za proukraińskie działania Wilna zagroził właśnie, że skończy jak Micheil Saakaszwili, przebywający obecnie na emigracji w USA.

Zaniepokojeni są nawet najbliżsi sojusznicy Rosji, należący do tworzonej przez Moskwę Unii Celnej. Białoruś od wielu tygodni żyje w sytuacji embarga na produkty żywnościowe. Kazachstan z obawą wysłuchuje Putina tłumaczącego, że kraj ten nie ma tradycji państwowych, pamiętając, że na północy państwa w sposób zwarty żyje kilka milionów Rosjan, gotowych na wezwanie Moskwy do powtórki „rosyjskiej wiosny”, którą pamiętamy z południowo-wschodniej Ukrainy. Podobne nastroje są wyraźne w uzbeckim Karakałpakstanie i tadżyckim Górskim Badachszanie.

W tym roku na terenie Rosji odbyła się cała seria ćwiczeń wojskowych na masową skalę. We wrześniu odbyły się największe w historii tego kraju manewry wojskowe o kryptonimie Wostok-2014, w których wzięło udział 155 tys. żołnierzy, w tym rezerwiści. W sierpniu z kolei rozpoczęto 40-dniowe szkolenie rosyjskich strategicznych wojsk rakietowych (RWSN). Młodsi oficerowie RWSN przećwiczyli procedury związane m.in. z odpalaniem pocisków z głowicami jądrowymi. Innymi słowy, każdy absolwent szkoły wojskowej, który trafił do tego rodzaju wojsk, wykonał na sprzęcie symulacyjnym identycznym z bojowym około tysiąca wystrzałów rakiet strategicznych. Przyszłoroczny budżet wojskowy ma wzrosnąć o kolejne 10 procent.

Równolegle kremlowscy propagandyści kontynuują informacyjną wojnę informacyjną z Zachodem. Jej symbolem stały się słowa szefa agencji prasowej Rossija Siegodnia Dmitrija Kisielowa, który poinformował, że jego kraj jest jedynym zdolnym do obrócenia Stanów Zjednoczonych w "popiół atomowy". Rossija Siegodnia powstała pod koniec ubiegłego roku z połączenia agencji RIA Nowosti i radia Gołos Rossii. Agencja planuje w ramach projektu Sputnik uruchomienie portalu w 30 wersjach językowych. Na razie ruszyła za to niemieckojęzyczna telewizja RT Deutsch. Na dzień dobry portal stacji oskarżył Polskę o ćwiczenie... uderzenia nuklearnego na Moskwę.

Media niezależne są z kolei pacyfikowane jedno po drugim. Od początku roku Kreml doprowadził do odsunięcia niepokornych kierownictw popularnego portalu Lenta.ru, radia Echa Moskwa i portalu społecznościowego WKontaktie. Poważne problemy na oglądana przez wielkomiejską klasę średnią telewizja Dożd, a wkrótce podobne losy mogą czekać media z kapitałem zagranicznym, jak ekonomiczne "Forbes. Russia" i "Wiedomosti”". W październiku Putin podpisał ustawę, na mocy której kapitał zagraniczny w mediach nie może przekraczać 20 procent.

Być może omawiane działania mają służyć jedynie konsolidacji społeczeństwa wokół lidera w sytuacji, gdy cena ropy spada, słabnie wartość rubla, a kłopoty gospodarcze wywołane sankcjami oraz spadkiem wiarygodności Rosji na arenie międzynarodowej coraz bardziej dają się we znaki. Gdyby jednak Putin szykował się do prawdziwej wojny - jak sugeruje choćby jego były doradca Andriej Iłłarionow - plan jego działań wyglądałby identycznie.