Z Mikołajem Grabowskim rozmawia Magdalena Rigamonti

Reklama

Ilu jest za PiS-em?

W całej Polsce? Przecież pani wie.

Nie, artystów, ilu jest?

Nie wiem, może ze dwa, trzy procent. Najwyraźniej artyści gremialnie nie przystąpili do budowy rzeczywistości tworzonej przez PiS. Może intuicyjnie wyczuwają, że ta nowa wizja nie jest do końca w porządku, że jest estetycznie podejrzana, etycznie dwuznaczna – często wręcz niemoralna. No i to, że jest robiona na siłę. Dla porównania – w latach 50. ubiegłego wieku próbowano tworzyć jakieś spektakle, ktoś tam próbował pisać prozę czy poezję, rymując się z linią programową partii. Teraz, wydaje mi się, nie ma żadnych spektakli, które się rymują z linią programową nowej władzy. Wręcz przeciwnie. We wszystkich teatrach czuć opór przeciwko narzucanemu systemowi myślenia.

Powstał film – „Smoleńsk”.

Ale to tylko dowód na to, że nie można w sztuce iść na żadne układy. Antoni Krauze poszedł i strasznie, ale to strasznie przegrał... Wszyscy wiemy, że nie opłaca się służyć komuś, kto usiłuje artystą sterować. Sztuka tworzona na polityczne zamówienie karleje, czuć w tak tworzonym dziele wysiłek w naginaniu rzeczywistości. Jest ciężka i toporna, stąd większość artystów ucieka z tych rejonów, wiedząc, że tam czai się po prostu klapa.

Panie profesorze, reżyseruje pan spektakl o Wisławie Szymborskiej.

Zanim zaczęła się epidemia, miałem próby w Starym Teatrze. Dwuosobowa sztuka na podstawie korespondencji między Wisławą Szymborską a Zbigniewem Herbertem. Napisał ją Tadeusz Nyczek. Premiera miała być przed 5 czerwca. A będzie... Nie wiem. Może w przyszłym roku.

W latach 50. Szymborska należała do partii.

Zapisała się w 1950 r.

CZYTAJ WIĘCEJ W WEEKENDOWYM MAGAZYNIE DGP