MARCIN PIASECKI: 52 miliardy i 200 milionów złotych deficytu budżetu w przyszłym roku. Jak panu się podoba ta kwota?
JAN KRZYSZTOF BIELECKI: To zależy. Usłyszałem ostatnio dobre określenie dotyczące tego deficytu, którego autorem jest Wojciech Misiąg, niegdyś wiceminister finansów w moim rządzie. Jego zdaniem tego deficytu nie powinniśmy lekceważyć, ale i nie histeryzować nad nim. W pełni się z tym zgadzam. A Misiąg jest znakomitym fachowcem. Przeszliśmy wspólnie najtrudniejszy okres w dotychczasowej historii 20-letniej transformacji, czyli załamanie budżetu i finansów państwa w 1991 roku.
O ile trudniejszy niż teraz?
Bez porównania. W 1990 roku został przyjęty bardzo optymistyczny budżet, który zakładał minimalny deficyt. Potem został on głęboko przekroczony, a oprócz tego okazało się, że nie da się utrzymywać polityki sztywnego kursu wymiany. W efekcie nie tylko konieczna była głęboka nowelizacja budżetu, ale przede wszystkim dewaluacja złotego o 18 procent. To było nic innego jak zubożenie o tę wartość naszego dorobku. Wtedy na ręce patrzył nam Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który mówił tak: póki nie będziecie umieli utrzymać finansów w ryzach, nie macie szans na kontynuowanie przez nas programu stabilizacyjnego. To z kolei było warunkiem wstępnym do osiągnięcia porozumienia w sprawie redukcji naszego długu z tzw. Klubem Paryskim. Wtedy nasze pole manewru było nieskończenie mniejsze i w ogromnym stopniu zależeliśmy od ocen zewnętrznych obserwatorów. Dzisiaj takie decyzje możemy podejmować suwerennie.
I co wtedy z tego wynikało?
Cięcia, dramatyczne cięcia. Musieliśmy zmienić system świadczeń emerytalnych, co dało oszczędność na poziomie 1,5 procent PKB, ale także zasady przyznawania zasiłków rodzinnych i zatrzymać rewaloryzację świadczeń dla sfery budżetowej. To ostatnie działanie, jak uznał później Trybunał Konstytucyjny, nie było, mówiąc łagodnie, zgodne z prawem. Jednak wtedy było koniecznością, bo walczyliśmy o życie. Taka skala determinacji dzisiaj nie jest potrzebna.
Jest taki dość znany ekonomista , o którym przekonałem się osobiście, że jest inteligentny i dobrze przygotowany, bo pracowity. Nie wiem czy to ekonomista bardzo upolityczniony, ale jeżeli nie uprawia dorażnej polityki to może pytajcie go o zdanie. Nazywa się Jerzy Pruski