Kiedy w 1996 r. opuszczał Meksyk, powiedział w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej”: "W Polsce ciągle jeszcze są marzenia, wizje, są wielkie aspiracje. (…) I to jest polska przewaga nad dekadenckim Zachodem. Mimo wszystko w Polsce da się jeszcze żyć. Dlatego wybieram Kraków - nie Paryż”. Po 11 latach, w wywiadzie udzielonym DZIENNIKOWI jesienią ubiegłego roku, był już wyraźnie rozczarowany: "Odkąd wyjechałem w 1963 r., w Polsce nic się nie zmieniło” - mówił. Ciągle te same kompleksy. Mrożek był zniesmaczony kołtuństwem, które towarzyszyło rządom PiS. Powiedział DZIENNIKOWI: "Wreszcie odkryłem, czego się Polacy boją - siebie samych”. Nie podobały mu się też wpływy zachodniej lewicowości, która wraca do Polski przedziwnym rykoszetem, bo "Polska już zapomniała, co to było”. Ostateczna diagnoza brzmiała: "Polak lubi silną rękę”. W ustach autora "Tanga” nie był to komplement.
Rozczarowanie polską polityką nie minęło. Dwa dni przed wyjazdem do Nicei w poszukiwaniu mieszkania, do którego ostatecznie przeniesie się na początku czerwca, Mrożek potwierdza: wyjazd z Polski jest ucieczką od spraw publicznych.
Ale czy tylko? Nie sądzę. Kiedy spojrzeć na biografię Mrożka, okaże się bowiem, że nic się w niej nie powtarza z taką regularnością jak wyjazdy. Są ludzie, którzy jak bohaterowie Czechowa całe lata piją herbatę i obiecują, że "kiedyś wreszcie rzucą to wszystko”. I nigdy nie rzucają. Ale są też tacy jak Mrożek - którzy niemal bez słowa, nie oglądając się na trudności, nagle pakują walizki i jadą, pchani jakąś wewnętrzną koniecznością.
Z biografii Mrożka można by uczynić przewodnik turystyczny - i to nie tylko po Europie, ale i Ameryce, z rozdziałem nawet o Bliskim Wschodzie. Po raz pierwszy wyjechał za granicę w 1956 r. na wycieczkę do ZSRR. Zaraz potem była wyprawa na Zachód - w czasie odwilży - do Wiednia i Wenecji, i niebawem do Paryża, na głodowe stypendium wraz z Wisławą Szymborską i Tadeuszem Nowakiem. Jak napisze po latach w swojej autobiografii terapeutycznej "Baltazar” (2007), to wtedy poznawał kompleks polski i uczył się mechanizmu "natężania się”, to znaczy starania się, z pomocą alkoholu oraz narodowej mitologii martyrologicznej, by się wydać kimś ciekawszym i głębszym niż się jest - ze strachu, żeby nie wydać się Polakiem. Szczegółową analizę tego procesu znajdziemy później w genialnym opowiadaniu "Moniza Clavier”, na którym trzy pokolenia Polaków, w tym niżej podpisana, będą się uczyć rozumienia swoich relacji z Zachodem. W 1959 r. Mrożek pojechał na krótkie stypendium na Harvard. Wracając z USA, otarł się znowu o Paryż, a także o południe Francji i Włochy. Kiedy wrócił do Polski, znał już urodę Zachodu. Ale i coś więcej: urodę wyjazdów. Porzucania, odrywania się, układania sobie życia gdzie indziej - urodę, której wspomnienie będzie mu odtąd towarzyszyć, i przyjdzie z pomocą za każdym razem, kiedy życie zacznie stawać się nie do wytrzymania.
3 czerwca 1963 r. Mrożek wraz ze swoją żoną Marią opuścił PRL i wyjechał do Włoch z zamiarem pozostania tam na zawsze. Zamieszkał w Chiavari, małym miasteczku na Włoskiej Riwierze, ale od początku nosiło go po świecie. Jeździł do Neapolu do Herlinga-Grudzińskiego, do Vence do Gombrowicza, i wtedy właśnie miał okazję przyjrzeć się Nicei. W 1968 r. napisał list protestacyjny przeciw inwazji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, czym przekreślił swoją możliwość powrotu do Polski. W końcu w 1969 r. przeniósł się na stałe do Paryża, który odtąd przez 20 lat był jego głównym miejscem zamieszkania. Mawiał, że ze wszystkich miejsc to było jedyne, gdzie "zapuścił korzonki”: "marne bo marne, krzywe bo krzywe” - ale jednak. A mimo to ciągle był niezadowolony: "mój kontakt z Paryżem jest sztuczny i płytki, jak ze wszystkimi istnościami latyńskimi” - pisał. I bez przerwy uciekał. Wyjeżdżał na stypendia do Berlina i do Stanów Zjednoczonych. Do teatrów w Oslo i Sztokholmie. Był nawet w Persji, a w latach 80. mieszkał na francuskiej wysepce Saint-Pierre u wybrzeży Kanady.
Teraz mówi, że ze wszystkich krajów właśnie we Francji czuł się najlepiej: "mam paszport francuski”. Ale faktem jest, że przez lata z niechęcią obserwował rozwijający się we Francji socjalizm. Bał się, że Europa staje się coraz bardziej "wschodnia” - i jedyną nadzieję pokładał w Ameryce, która umiała przeciwstawić się lewicowym szaleństwom zniewolonego umysłu. Z czasem jednak rozczarował się i do Ameryki: zobaczył w niej terror globalnej demokracji, czyli triumf różnych Edków, których - deklarując się przecież jako konserwatysta i antydemokrata - nienawidził. Zresztą Mrożek wielokrotnie marzył, że oto znalazł swoje miejsce na ziemi... i zawsze potem zmieniał zdanie. Z Berlina pisał do Skalmowskiego w 1975 r.: "Po raz pierwszy w życiu nie mam dokąd uciekać, to znaczy po raz pierwszy w życiu osłabło we mnie to, co do tej pory było zawsze najsilniejsze: instynkt ucieczki”. Po czym wrócił do Paryża. W 1989 r. podjął swoją najdziwniejszą decyzję wyjazdową: Meksyk. Owszem, jego żona Susana jest Meksykanką. Owszem, istniał już w polskiej literaturze precedens osiedlania się w Ameryce Południowej: z największych - Gombrowicz i Bobkowski. Ale jednak zaszyć się na dzikim ranczu pod dymiącym wulkanem miasta Puebla w czasie, kiedy w Polsce właśnie upadał komunizm - to już był gest spektakularny, a nawet, jak się okazało, niebezpieczny. A jednak Mrożek zapewniał wtedy: "To ranczo jest moim miejscem na ziemi”. Kilka lat później równie przekonująco twierdził: "Ja powinienem sobie zdać już sprawę, że moje miejsce jest już na ławeczce, drewnianej na Plantach”. Dziś się okazuje, że będzie to raczej ławeczka z widokiem na Zatokę Aniołów.
Istnieje teoria, że emigracja, oddzielając pisarza od jego kraju, odbiera mu tematykę. Ale dla Mrożka była raczej kopalnią tematów i refleksji. Plusy emigracji? "Zawsze mnie cieszyło i cieszy, że - na przykład - nie muszę spotykać Putramenta”. Kto by dla tej satysfakcji nie wyjechał z Polski. Ale Mrożek szedł dalej: cieszyło go, że nie musi widywać w ogóle "nikogo z <kolegów>”. Mrożek jest indywidualistą i w Polsce drażniła go towarzyskość i obłuda: "Nikt w Polsce nie jest samodzielny”. W kraju w tym czasie obowiązywała oczywiście propaganda, że "emigracja zubaża” i "osłabia język” (trzeba więc koniecznie zostać). Mrożek odpowiadał: "Nie jest prawdą, że emigracja osłabia piszącemu język. (…) Nazwisko? Adres? Jednemu osłabia, drugiemu nie osłabia”.
Ale powiedzieć, że Mrożek był zadowolony z emigracji, i kropka, to także sprawę zubożyć. "Wydawało mi się do tej pory, że jestem absolutnie odporny na samotność, na emigrację. (…) Nieprawda. Byle wiersz Młodej Polski, choć nędzny, budzi we mnie nieskończenie więcej rezonansu (choć może mi się nie podobać) niż doskonały wiersz np. Yeatsa po angielsku” - pisał do Skalmowskiego w 1973 r.
Krótko mówiąc, Mrożek sam w sobie rozgrywał dylemat całego pokolenia emigrantów. W tej rozgrywce był jednak element szczególny, osobisty: dla Mrożka to "mniej rezonansu” okazało się mieć i swoje dobre strony. Czasami mniej rezonansu to bowiem mniej cierpienia. Mrożek odkrył, że emigracja bywa czymś w rodzaju bawełny, w którą możemy owinąć nasze najbardziej bolesne sprawy. "Emigrant, czyli człowiek, który żyje nie tam, gdzie się urodził i wychował, nie jest w stanie odczuwać aż tak boleśnie wszystkiego, co jest złe w kraju jego zamieszkania, w ludziach, w nim samym, jak to odczuwa człowiek, który żyje w swojej ojczyźnie” - pisał w znamiennym felietonie "Emigracja” już po powrocie do Polski.
I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Bo czy nie taki jest właśnie główny powód wyjazdu Mrożka z Polski: że tutaj, chodząc po Krakowie, którego brud opisywał ze wstrętem zaraz po powrocie, zbyt dużo czuł? I czy w ogóle nie jest to główny powód jego namiętności do wyjazdów: znieczulić się?
Kiedy przed tygodniem miałam przyjemność rozmawiać z Mrożkiem w jego słonecznym krakowskim mieszkaniu z widokiem na Wisłę, wśród jego lakonicznych odpowiedzi szczególnie uderzyła mnie jedna: "proszę pomyśleć, ja od 2002 r. nic nie napisałem, i już nic nie napiszę”. Oczywiście pierwsza część tego zdania jest nieprawdą, bo napisał "Baltazara” (choć widać uważa go za "nic”) - i, miejmy nadzieję, nieprawdą jest też część druga. A jednak Mrożek ma uczucie pustki. Uczucie, które nawiedza go cyklicznie od niepamiętnych czasów - wystarczy poczytać jego listy. Przypuszczam, że w Polsce przez ostatnie lata uczucie to towarzyszyło mu coraz dotkliwiej. Zwłaszcza od kiedy z powodu afazji skończyło się dla niego pisanie. I jeśli podjął decyzję o zmianie miejsca zamieszkania, to może nie tylko dlatego, że w Polsce denerwuje go polityka, a w Nicei jest dobry klimat, lecz także po to, żeby jakoś tę pustkę wypełnić.
Bo Mrożek narzeka na tłumy (a propos Nicei, pisał kiedyś, że z powodu tłumu turystów nienawidzi Południa) i jak w swoim słynnym ogłoszeniu z "Postępowca” z 1960 r. wciąż twierdzi, że "zamieni wszystko na święty spokój” - a tymczasem żyje właśnie tak, żeby spokoju nie mieć. Czy dlatego, że na dłuższą metę spokój jest dla niego nie do wytrzymania? Proszę przeczytać to wyznanie: "Z grubsza jest tak: najlepiej, kiedy wejdę w jaką pracę. Nieźle, kiedy zabierają mnie wydarzenia, awantury, podróże. Ciężko, ale znośnie, kiedy wystarcza mi siły i dyscypliny na tupanie i krzątanie się (…). Najgorzej, kiedy pisać już nie mogę, kiedy nic się nie dzieje, i kiedy brak mi dyscypliny (…). Wtedy zasiadam, palę i piję.”
Więc może nie o święty spokój chodzi, tylko całkiem przeciwnie - o niepokój, który by przyszedł z zewnątrz? O coś, czym by się można zająć, żeby nie popaść w marazm, w rozczarowanie sobą, a więc w cierpienie? Czytając listy Mrożka, ma się wrażenie, że to człowiek ciągle niezadowolony z siebie, któremu towarzyszy "nieustanne poczucie niepodobania, niesprostania, niewykonania i zaniedbania” - oczywiście, jak przystało na wielkiego pisarza, bez specjalnego związku z własnym wizerunkiem w oczach innych. Czy po to, żeby jeszcze raz nie popaść w "niesprostanie”, zabiera się za karkołomny projekt przeprowadzki do innego kraju?
Trudno się oprzeć pokusie, by ten wyjazd Mrożka interpretować tak, jak się interpretuje utwór literacki. Literatura polska zna zresztą wiele takich wyjazdów - poematów: wyjazd Gombrowicza do Argentyny i jego powrót po 24 latach. Wyjazd Mickiewicza i Słowackiego, Bobkowskiego i Miłosza... Aż się prosi powiedzieć: tą drugą emigracją z Polski, która, notabene, ma się odbyć niemal dokładnie w 45. rocznicę pierwszej emigracji (początek czerwca 1963 - początek czerwca 2008), Mrożek symbolicznie wychodzi z polskiej przeszłości do teraźniejszości. Wyjeżdżał, bo tu nie było wolności. Dzisiaj wyjeżdża, bo w Nicei osiedla się wielu europejskich emerytów spragnionych dobrego klimatu. W ciągu tych 45 lat coś się zmieniło dla Mrożka: skończyli się "Emigranci”. Bóle emigracji? "To już jest dawno za mną” - mówi, i bierze walizkę.
Ale wielki pisarz to taki, który, mówiąc o sobie, pokazuje nam nas samych. Trudno o tym nie myśleć przy okazji tego wyjazdu. Bo przecież "Emigranci” skończyli się nie tylko dla Mrożka, ale i dla reszty Polaków. I my dzisiaj, jeżdżąc do Londynu czy Paryża, coraz rzadziej czujemy się jak dalecy krewni Europy - które to uczucie przez dziesięciolecia towarzyszyło Mrożkowi, Gombrowiczowi, Miłoszowi... Coraz częściej natomiast jesteśmy po prostu zwyczajnymi obywatelami świata. Kompleksy polskie? 20 lat paszportów i w miarę normalnej ekonomii, plus internet, wystarczyło, by skończył się jeden z głównych tematów polskiej literatury. Za to zaczął się inny temat, powszechny, zachodni, nowoczesny: temat pustki, neurozy, depresji, poczucia, że "się jest za małym na świat” (to też cytat z Mrożka).
Mrożek wszystkich zadziwił tym wyjazdem, ale przecież nie ma się czym dziwić: wyjeżdża przecież jako rasowy człowiek Zachodu. Taki, jakim staje się powoli każdy z nas. Bo czy poczucie ciągłego zagrożenia pustką nie jest znakiem firmowym nowoczesnego człowieka? Czy nie po to są nam wieczne podróże, zajęcia, projekty, ciągle rosnące tempo wszystkiego - bo tym, co najbardziej nam zagraża, jest ów sławny święty spokój?
Jeszcze kilka lat temu Mrożek pisał, że nie ma już siły na "chodzenie po schodach w poszukiwaniu mieszkań z ogłoszenia…” A teraz, kiedy państwo czytają te słowa, chodzi właśnie po wzgórzach i schodach Nicei w poszukiwaniu mieszkania - po to, żeby nie siedzieć w tym pięknym spokojnym salonie w Krakowie, i nie patrzeć na Wisłę… A może to tylko nam się tak wydaje, bo - jak w każdym wielkim pisarzu - chcemy w nim odnaleźć siebie?
Chcę odpocząć
MAGDALENA MIECZNICKA: Dlaczego pan wyjeżdża z Polski?
SŁAWOMIR MROŻEK: Chcę odpocząć. Mam do tego prawo.
Dlaczego wybrał pan akurat Niceę?
Bo jest tam bardzo dobry klimat.
W jednym z felietonów w "Uwagach osobistych” pisze pan, że emigracja jest znieczuleniem na sprawy publiczne i prywatne, bo na emigracji mniej się czuje i mniej się rozumie. Czy ten wyjazd to jest pana wybieg, żeby się trochę znieczulić?
Powiedziałem pani już jakieś pół roku temu: ja jestem w podeszłym wieku. Skoro byłem w podeszłym wieku pół roku temu, teraz tym bardziej jestem w podeszłym wieku, więc znieczulenie jest dla mnie bardzo korzystne.
Chodzi panu o to, żeby mniej cierpieć?
Cierpienie jest zależne od tego, gdzie się jest. Jeżeli się jest w Polsce, cierpi się i nie znosi tego, co jest w Polsce.
Czyli chodzi panu o to, żeby odsunąć się od spraw polskich publicznych?
Oczywiście, że o to chodzi. Proszę pomyśleć: ja od 2002 r. już nic nie napisałem, i nie napiszę. Ta afazja pozostawia ślady. Natomiast na tyle nie zostawiła śladów, że teraz, po pewnym czasie, mówię po angielsku i po francusku jako tako. Ale żeby pisać po polsku, to już nie ma mowy.
I męczy pana, że w Polsce ma pan obowiązek być wielkim pisarzem?
Jaki obowiązek?
Dzwonią do pana dziennikarze i chcą robić wywiady.
No i przestaną.
A jest pan zadowolony z tego, jak było panu w Polsce?
Różnie było. Kiedy długo się żyje, to różnie bywa. Jeśli chodzi, że tak powiem, o naród, to było mi dobrze, i coraz lepiej. A jeśli chodzi o polskie inne sprawy...
To znaczy polityczne?
No powiedzmy polityczne. Więc jeśli chodzi o te inne sprawy, to zupełnie co innego.
A francuska polityka pana interesuje? Będzie się pan pasjonował reformami Sarkozy’ego?
Nie.
A będzie pan czytał francuską prasę?
Postaram się nie.
Zdziwił pan wszystkich tym wyjazdem, ale tak naprawdę można się go było spodziewać. Tyle razy pan w życiu wyjeżdżał, można powiedzieć, że wyjazd to bardzo istotna figura pańskiego życia.
Tak.
I w Polsce też czuł się pan wykorzeniony?
Tak.
Wielu ludzi, nawet teraz, kiedy wyjeżdża, choćby do Paryża, Londynu czy Berlina, czuje się tam jak na prowincji. Bo ich centrum jest w Polsce. A pańskie nie?
Może oni się tak się czują. Ja się czuję w centrum tam, gdzie jestem.
Kiedy się czyta "Emigrantów”, doświadczenie emigracji jest bolesne. Nie boi się pan powrotu do tamtych uczuć?
Nie, ja to już mam z głowy.
A co pana żona na ten wyjazd?
Ona jest Meksykanką. Z Nicei do Meksyku jest troszeczkę bliżej niż z Polski.
Czy był pan zadowolony z tego, jak był pan odbierany jako pisarz w Polsce?
I w Polsce, i na świecie - zupełnie zadowolony.
A we Francji?
Też zupełnie zadowolony. Nie mam żadnych złych uczuć, że coś mi się nie udało, że coś mi nie poszło. Naprawdę nie. Proszę to przyjąć.
We Francji też ma pan swoją półkę w księgarniach.
Mam. I dobrze.
Ma pan w Nicei przyjaciół? Nie jedzie pan w pustkę?
Tak, mam tam przyjaciół.
W dawnych czasach jeździł pan do niedalekiego Vence odwiedzać Gombrowicza.
Tak, jeździłem do Vence przez parę lat przy okazji Gombrowicza. Moje wizyty w Nicei były wtedy jednak przelotne. Nie zatrzymywałem nawet samochodu. Mieszkać w Nicei będę pierwszy raz w życiu. Ale można powiedzieć tak: po raz pierwszy zobaczyłem Niceę w 1963 r. Po latach wróciłem znowu do Nicei. Będę mieszkał mniej więcej 200 km od Chiavari, czyli mojego pierwszego miejsca pobytu za granicą, we Włoszech. Spędziłem tam 4,5 roku. A więc teraz, kiedy spojrzę w lewo, z Francji do Włoch, będę widział Chiavari - tak jak wtedy, spojrzawszy w prawo z Chiavari, widziałem Niceę.
Pojedzie pan do Chiavari?
Może jak odsapnę. Teraz za dużo się dzieje.
A zamierza pan odwiedzać Paryż?
Nigdy w życiu. Jestem zmęczony. To ma być odpoczynek.
Mieszkał pan jeszcze w kilku innych miejscach: we Włoszech, USA, Berlinie, Meksyku. Jak pan widzi tamte swoje emigracje?
Bardzo prosto. Ja mam paszport francuski. Moja żona ma paszport francuski.
Czyli we Francji czuł się pan najlepiej?
Tak. Z tego wynika.
Byłam w Nicei w zeszłe wakacje. To jest raj na ziemi.
Cieszę się, że to słyszę. W Nicei jest wielu emerytów. Nie bez powodu.
Tak, przyjęło się, że to miasto artystów i emerytów. Czuje się pan związany z tradycją artystów, którzy żyli na Lazurowym Wybrzeżu?
Nie myślę o tym.
Ale ostatnio jest też dużo młodej emigracji.
Tym lepiej dla mnie.
Emigracji arabskiej. Są miejsca bardzo niebezpieczne.
Postaram się tam nie chodzić.
Znam w Nicei wielu młodych Francuzów. Są niesfrustrowani, spokojni.
To rzadkość we Francji.
Tak na nich wpływają trzygodzinne kolacje na tarasach z widokiem na morze.
Idealnie. Właśnie o to chodzi.
Wydawało mi się, że ludzie są tam szczęśliwi.
To się jeszcze zobaczy.
Zamierza się pan jakoś oficjalnie pożegnać z publicznością polską?
Nie. Nie ma powodu. Bo nie ma komunizmu.
A więc to właściwie nie jest emigracja. Można powiedzieć, że to wyjazd na wakacje.
Oczywiście. Takiej sytuacji jak kiedyś już nie ma.
Więc teraz wyjeżdża pan jako Europejczyk, a nie jako człowiek zza żelaznej kurtyny?
Przy okazji jako Europejczyk.
Zamierza pan jeszcze odwiedzać Polskę?
Nie zamierzam niczego. W tej chwili jest taka sytuacja, że jest się swobodnym.
Co na to krakowianie?
Żałują.
A panu nie jest trochę smutno?
Niech pani mi nie zadaje tego pytania, bo tyle razy je słyszałem.
A więc nie?
No właśnie.
Ale znając pana tendencje do migrowania, to pan za parę lat jeszcze gdzieś pojedzie.
Nie.
Mam 38 lat, w wieku 15 lat wyjechalem z Polski i teraz wlasnie wracam. Nie dlatego, ze jestem patriota, a dlatego, ze jestem obywatelem swiata a Polska jego czescia. Krajem o zabarwieniu poludniowoamarykanskim w srodku Europy, fascynuje mnie to :)