Pani nowa płyta nosi tytuł „It’s That Girl Again” ("To znów ta dziewczyna"). Czy to powrót do tamtej dawnej Basi z czasów przebojów „Half a Minute” i „Cruising for Bruising”?
BASIA TRZETRZELWSKA: I tak, i nie, bo historia z tytułowej piosenki z nowego albumu opowiada o kimś innym. To wspomnienie dziewczyny, którą kiedyś znałam. Była niezwykle pozytywnie nastawioną do życia osobą, niestety, zginęła w wypadku, i zanim to się stało, ani ja, ani moi przyjaciele nie zauważaliśmy specjalnie jej optymizmu. Za to od kiedy jej brakło, wciąż o niej myślę. Sama miałam kilka trudnych lat – zmarła moja mama, kuzynka, ciotki, kilku znajomych.
Dlatego wycofała się pani z życia muzycznego?
W ogóle przestałam śpiewać. Pogrążona w depresji szukałam inspiracji w życiu innych ludzi takich jak ta dziewczyna. Postanowiłam przejąć chociaż część jej radości życia. Nie było łatwo, ale w końcu się udało. W pewnym sensie jest więc to i piosenka o mnie.
Sądziłam, że będzie nią „Amelki śmiech” – jedyny polski utwór na płycie, może i w całej pani dyskografii.
Amelka to córeczka mojego chrześniaka mieszkającego w Polsce. Gdy nagrywałam album, miała niespełna rok. Było to pierwsze dziecko w rodzinie, więc wszystko kręciło się wokół niej. Spotykaliśmy się wówczas, tak jak zawsze gdy wracam do kraju, w szerszym gronie, gadaliśmy i śpiewaliśmy. Patrzyłam wówczas na moich bliskich, i myślałam sobie: – Boże, jakie to są fantastyczne głosy! Namówiłam więc mojego partnera, Kevina, żeby przywiózł sprzęt nagraniowy i mikrofony do domu, napisałam specjalnie piosenkę-walczyk i słowa do niej, i nauczyłam ich ją śpiewać. Pod koniec „sesji” Amelka zaczęła się śmiać. Dla mnie był to symbol, znak tego, co w życiu naprawdę ważne, czyli bycia z rodziną. Jeśli nasze dzieci się śmieją, to znaczy, że wszystko jest dobrze.
Mimo długiej nieobecności na scenie ma pani w Polsce wielu fanów. Ale paradoksalnie pani muzyka nie jest polska, lecz zakorzeniona w kulturze anglosaskiej i latynoskiej.
Zastanawiające, że my, Polacy, naród wychowywany w chłodzie i niedostatku, jesteśmy tak bardzo spragnieni egzotycznych dźwięków, nie od dziś kochamy przecież muzykę latynoską. Gdy zaczynałam śpiewać w Alibabkach, moją ulubioną piosenką była „Grajmy sobie w zielone”, mimo że mniej znana od np. „Kwiatu jednej nocy”. Była to quasi-samba w wolnym tempie. Już wtedy były modne takie brzmienia, cała masa pomniejszych zespołów stylizowała się na egzotykę. Z czasem okazało się, że ta moda przetrwała, także w świecie. Dziś styl latino to najbardziej chodliwy towar w muzycznym biznesie.
Czy jako artystka z Polski miała pani trudności z trafieniem do obcych kulturowo odbiorców?
Zabrzmi to dziwnie, ale nie miałam takich problemów. Gdy zaczęłam solową karierę, mój styl już okrzepł, wiedziałam, co chcę śpiewać, no i mówiłam już po angielsku. Po pierwszej i jedynej płycie Matta Bianco nagle okazało się, że ludzie chcą tego słuchać: jazzu z popem ze szczyptą latino. Wcześniej, zanim przyjechałam do USA, usłyszałam Arethę Franklin i Steviego Wondera – i wiedziałam, że to jest to. Taką muzykę chciałam śpiewać całe życie i to robię, więc przyszło to naturalnie. Także dziś już nie muszę zastanawiać się nad barierami kulturowymi.
Jak pani nagrywa i pisze?
Trzeba obserwować ludzi, podglądać ich w różnych sytuacjach, słuchać ich historii, zachowywać się czasem trochę jak w ludzkim zoo. Nie wolno zamykać się w czterech ścianach, bywać tylko wśród muzyków albo w hermetycznym środowisku show-biznesu. A poza tym, nie może zabraknąć energii i optymizmu do śpiewania.
O 17 kwietnia płytę Basi Trzetrzelewskiej znajdziesz w sklepie LITERIA.pl >
Wlasnie wysluchalam nowego albumu Basi, jest fantastyczy. moj ulubiony utwir, o dziwo! I must! Brawo Basiu, brawo Danny. Sukcesow.